Netględy
Kategorie: Wszystkie | Różne
RSS
wtorek, 09 lutego 2010

Niedawno opinią publiczną wstrząsnęła informacja o sondażach wskazujących na niezwykle niskie poparcie dla kandydowania Tuska do prezydentury. Informacje te podał Jarosław Kaczyński. Jarosław Kaczyński nie powiedział, kto i kiedy te badania przeprowadził.

Wujaszek Wania uchyla rąbka tajemnicy.

      gardło  

Wujaszek Wania złowił Języka i wziął go na spytki. Ciągnął za język i ciągnął aż wyciągnął. Wujaszek już wie na podstawie, jakich badań udało się ustalić, iż Tusk gdyby wybory prezydenckie odbyły się w styczniu przegrałby wysoko z Lechem Kaczyńskim.

- Wyniki tych badań wysoce tajne nie wyciekły do otoczenia Tuska. – Wyksztusił z siebie pojmany język z jedną gołą pietą nad ogniskiem.

Zwracałem uwagę Wujaszkowi, że tortury mogą prowadzić do bzdury, a torturowany może bredzić jak Męczalski na piekarniku. Wujaszek jednak domaga się stanowczo by prawdę opublikować układ przełamać.

Wedle pojmanego przez Wujaszka Języka było tak:

Zebrali się J. Kaczyński, A. Szczygło i A. Fotyga. Zebrali się, bo stanowią jedno ciało przy Prezydencie.

- Koniec tego horroru. – Powiedzieli chórem

- Co to jest horror? – Zapytała, Fotyga.

- Koszmar. – Powiedział Szczygło

- Nie obrażaj członka. To kobieta. – Surowo zwrócił mu uwagę J. Kaczyński.

- Co robić? – Westchnęła, Fotyga.

- Należy przeprowadzić rzetelne badania opinii. Badania muszą wyjść z zależności od  układu i wyjść z sieci. Lech musi wygrać.– Zakończył obrady ciała J. Kaczyński.

A. Szczygło zaczął szperać w głowie. Niedługo szperał - tyle, co zakatarzy się szpera za chusteczką do nosa.

- Badania opinii? Socjologia? Socjolog? Jest taki jeden na uboczu, ale na podorędziu, Andrzej Zybertowicz.  "Przemoc i poznanie: Studium z nie-klasycznej socjologii wiedzy" napisał ,a i na -"Problem stosowania teorii materializmu historycznego we współczesnej historiografii polskiej" czasu nie poskąpił. Pasuje jak ulał. – Pomyślał i Zybertowicza ku sobie wezwał.

- Andrzeju. Nasz Profesorze od układu. Siądź i zbadaj, że naszego Prezydenta Naród łaknie kania dżdżu.

- Chyba dżdży łakną- Poprawił go nieśmiało Doc. hab. – To rodzaj żeński.

- Mylisz się Profesorze. - Śmiało zaoponował Szczygło. -  Dżdżownica to rodzaj żeński, a Prezydent to rodzaj męski.

- A chyba, że tak. – Zgodził się Doc. hab. bo już wiedział co i jak.

- Nie trzeba pytać, "kto" ale "jaki". Najpierw Wybierzemy reprezentatywną grupę. Ile mogę wydać?

- Tyle. – Odpowiedział Szczygło.

- Grupa 1000 osób uprawnionych do głosowania. Pytamy, jakie cechy powinien mieć przyszły Prezydent, a jakich nie powinien. Najlepiej by respondent wybierał z gotowej listy. Nic o mowie, urodzie i mimice.

Wybieramy najczęściej podkreślone cechy i grupujemy w dwie listy. Listę nr 1 i listę nr 2. W pierwszą wpisujemy cechy pożądane złaknione, w drugą te niedobre. Potem wybieramy następny 1000 respondentów i zadajemy im jedno pytanie.

Jakiego chcesz Prezydenta, czy tego opisanego w pierwszej liście czy tego drugiego? Można im zostawić furtkę i dopuścić odpowiedz: Nie wiem. To jeszcze bardziej podniesie poziom metodologiczny. Kto zrobi wyciek do PO? - Zapytał Doc. hab.

- Fotyga.

- Fotyga, jako Głębokie gardło? Anna Deep Throat – Posmakował po angielsku uczony.

- Świnia. – Pomyślał Szczygło.

Doc. hab. odczytał jego myśli.

- Nie porno, ale Watergate.- Sprostował.  

- Ale Profesorze my chcemy wiedzieć, kogo ciemny lud chce. – Przypomniał Szczygło, a zimny dreszcz strachu wobec przenikliwości Docenta przeszedł mu po grzbiecie.

- To poste. Dostaniesz klucz do odpowiedzi w zalakowanej kopercie i otworzysz po przekazując wyniki Panu Prezesowi. Tu piszę 1 – Lech Kaczyński, a tu 2 – Donald Tusk. Masz, zalakuj i do kasy pancernej schowaj.

Badania przeprowadzono.Policzono. Ciało zostało poinformowane o wynikach.

Po spotkaniu Ciała wyszła Anna Fotyga na mroźny parking.

Przygniatał ją ciężar tajnej informacji.

99% chce glosować na Lecha Kaczyńskiego!  Miażdżąca milcząca większość! Przygniatało ja także poczucie odpowiedzialności. To ona ma zrobić przeciek.

- Masz być naszym Głębokim Gardłem. – Z rzadkim u niego błyskiem w oku powiedział do niej Szczygło, a Jarosław Kaczyński przytaknął i zachichotał.

- Pewnie cieszą się z przerażenia Tuska. – Pomyślała Fatyga.

Odprawiła samochód i ruszyła w kierunku Mariensztatu. Potrzebowała spaceru by ochłonąć. Niestety zapomniała zamknąć usta na mrozie.

Gardło spuchło. Nic nie wyciekło. Jakby nie Prezes nikt by się nie dowiedział.

Ognisko dawno zgasło. Język któremu Wujaszek rozciął więzy zaciągnął ochoczo skarpetkę.

15:47, edwarddana
Link Komentarze (8) »
niedziela, 07 lutego 2010

Redaktor Adam Szostkiewicz pisze w swoim blogu:

Nasz Dziennik, trybuna rydzykowszczyzny.

http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/

Dzieli nas, Redaktora i mnie (ośmielam się robić takie śmiałe zestawienie) już niewielka różnica wiekowa. Właśnie. To „już”. Bo dawniej była ona większa.

Muszę przyznać, że ta „rydzykowszczyzna” u Redaktora Szostkiewicza mnie cieszy. Sam bym pewnie nie puścił jej przez palce na klawiaturę inaczej niż w celach parodystycznych. To, Redaktor może już tak napisać o wstrętnej mu formacji napawa otuchą.

Mnie za blisko czasowo do gomułkowszczyzny, do beriowszczyzny, do titowszczyzny. Za blisko mi do różnych demaskatorskich, w istocie maskujących „ w istocie” ,„na usługach”, „prawdziwych oblicz” i całego tego śmiecia, które być może nie zawsze zrodziło się w języku PRL, ale się w tym języku wypasło, dostało tężyzny.

Jeśli Redaktor może to może już można? Może niewielu już usłyszy ten „zgrzyt żelaza po szkle”?. Może nie myli się Mistrz taki, może nie zmąca melodyji? Może fałszywy akord zgubił już dysonans?

Może zły czar tamtej nowomowy już ustał. Cieszyć się wypada.

     Koncert

12:03, edwarddana
Link Komentarze (29) »
czwartek, 04 lutego 2010

         Kura co szczać nie chodzi

Wam kury szczać prowadzić, a nie politykować. Powiedział Klasyk. Świadczyło to nie tylko o jego językowej fantazji, ale także braku profesjonalizmu.

Klasyk mówiąc, co powiedział zaświadczał, że nie zna się na kurach. A przecież wystarczyło zapytać kompetentną dziewkę folwarczną lub kobietę na targu by dowiedzieć się, że kury nie szczają. Byli i wtedy i dziś są tacy, którzy się na kurach znają i wiedzą, jaką żywinę należy szczać prowadzić a jakiej za sobą do tego nie wodzić.

Błąd Klasyka wodzi jednak na pokuszenie. Kusi tych, co kur szczać nie prowadzają. Wbija ich w dumę, że oni kurze spod ogona nie wypadli, że wiedzą lepiej. Uświadamiają sobie swoją, nieupośledzenią w porównaniu z Klasykiem wiedzę. Budzi się ich ambicja.

Może to zaprowadzić daleko, bo do refleksji ogólniejszej opartej na wiedzy szczegółowej, jaką jest wiedza kurach. Refleksja oparta na wiedzy szczegółowej to filozofia.

Tu od razu takiemu, co kurz nie wodzi nasuwa się pytanie: Czy to kura jest pierwsza czy jajo?

- Poczytaj!-  Chciałoby się powiedzieć reflektantowi.

Ale, po co mu to mówić?

Nie posłucha.

Brnie przez manowce poznania i maca tym pytaniem i kurę, i jajo.

Może zresztą ma rację. Jeśli refleksja ogólniejsza winna wychodzić ze zdobyczy wiedzy szczegółowej, by nie powiedzieć szczególnej, to jest on do niej uprawniony.

Wieloletnie i wielokrotnie zweryfikowane doświadczenie, macanie i obserwacja kur, doprowadziła go tam gdzie jest. Wie, że kury nie szczają i że znoszą jaja. To wiedza pewna. Dlaczego nie rozszerzyć na tym gruncie pola poznawczego kuroznawstwa?

Kuroznawca zwany też Macałem, swój rozum przecież ma. Jego wiedza o kurach jest jak Wisła głęboka jak Wisła szeroka.

Kura czy jajo? Jajo czy kura? – Szuka, chce po omacku złapać koniec i początek.

Spętany łańcuchem skutków i przyczyn chce ten łańcuch potargać jak kundel koguta, bo i kogut wchodzi w rachunek.

Macał ma rozum nie kurzy, a kurzo- logiczny, nie taki, co prowadzi od koniczka do koniczyny, ale wiedzie od kurnika pazurem grzebiącym, jako narzędziem poznania, het w nieznane.

Albo kura - albo jajo.  Tylko kura i jaja bo kogutowi Macał dla uproszczenia modelu łeb siekierą obcina.

 Bo czyż nie jest napisanym u innego Klasyka: Albo wesz zwycięży rewolucję, albo rewolucja zwycięży wesz.

Macał, jak poprzednio, dla uproszczenia modelu tłumi rewolucję i dusi wesz. Zostaje czyste albo – albo.

I co powiecie, kiedy się dowiecie, że rożni Macały na pytanie – kura czy jajo- odpowiadają niejednako?

W gruncie rzeczy wasza odpowiedz na powyższe pytanie mnie nie interesuje. Nie zdążę jej, bowiem wysłuchać, bo Macały bieżą dalej. Rozszerzają pole poznawcze, zaorują miedze.  Wracają do punktu wyjścia i biorą na kolano zdanie:

 Wam kury szczać prowadzić, a nie politykować.

Pierwszy człon jest fałszywy jak Tusk.  Jego fałsz został zweryfikowany.

Zatem, czy nie wynika z tego, że politykować powinni?  Tak. Ten, który nie wyprowadza kur na szczanie może politykować!

Opuszczają Macały pierwotne jajczarskie opłotki.

Politykują.

O razu uderza ich dziwna bezradność politologów, socjologów, historyków i innych, którzy biedzą się już czas jakiś z pytaniem czy o sukcesie decyduje rząd czy rządzeni. Odpowiedzi nie widać, a jak jaka jest, to jest mętna. Kurzoznawca w mętnej wodzie prawdy nie łowi.

Mając w zanadrzu rozwiązany tak czy inaczej problem kura – jajo, udzielają Macały klarownej odpowiedzi, takiej, jaką im kurza logika podsuwa. Różne Macały odpowiadają, co prawda różnie, ale zawsze jednoznacznie.  Jedni mówią rząd inni, że rządzeni, podobnie jak w temacie kury i jaja.

Rozpolitykowane macały dzielą się na wiele szkół w zależności, jakich udzielają odpowiedzi na pytania o jajo, rządzonych, rząd i kurę. Policzyć te szkoły łatwo jak się komuś chce.

W każdym razie grupę szkół kuroznawczych, które zdecydowanie twierdzą, że o sukcesie decyduje społeczeństwo a nie rząd określa się, jako Macały nie rządne.

23:35, edwarddana
Link Komentarze (30) »
wtorek, 02 lutego 2010

                      Zawód - mściciel

Przodkowie biologiczni to kłopot.

Nie wolno, nikomu win jego przodków wytykać. Można za to przywoływać czyichś przodków w sensie pozytywnym – Ten Z to godny następca wielkiego lub ważnego X.

Potomek zaś nie w celu podniesienia swego prestiżu nie powinien się przodkami nachalnie szczycić. Dopuszczalna dla potomka jest obrona pamięci jego przodków. Wolno potomkowi przodków krytykować.

Źle jest jednak bardzo, kiedy potomek występuje w roli mściciela. Szacunek dla kiedyś nawet bardzo ukrzywdzonych nakazuje by pamiętając o krzywdach, jakie ich spotkały. Nakazuje także oddać sprawiedliwość ludziom tym przodkom  współczesnym, także tym, którzy stanęli lub znaleźli się w obozieich przeciwników. Oddać sprawiedliwość to znaczy nie kierować się zemstą.

Grzegorz Brun ma interesujących i niebanalnych przodków.

 Jego dziadek to Juliusz Braun naukowiec prawnik wieziony przez komunistów pasjonat krajoznawstwa Gór Świętokrzyskich.

Ważniejszą jest jednak postać jego stryjecznego wuja Jerzego Brauna pisarza, publicysty i filozofa.

 Nie jest tu miejsce ku temu by pisać o twórczości Jerzego Brauna, o jego filozofii, jego aktywności przedwojennej i roli, jako laika w II Soborze Watykańskim. Ważnym jest by przypomnieć, że był pełniącym obowiązki Delegata Rządu RP na Kraj, że to pod jego kierownictwem odbyło się w Krakowie z lipcu 1945 ostatnie posiedzenie Rady Jedności Narodowej, na którym zatwierdzono Manifest do Narodu Polskiego i Narodów Zjednoczonych. Manifest ten zawiera testament Polski Walczącej.

Los Jerzego Brauna po wojnie był niepozazdroszczenia. Dwukrotnie aresztowany w latach 1945-1946 i 1948 – 1956 został, w 1951 jako  zdrajca narodu skazany na dożywocie. Prokurator żądał kary śmierci. Przesłuchany przez Różańskiego przeszedł setki (ok. 250) przesłuchań w trakcie których stracił oko, przeżył dwa zawały. Sędzia na rozprawie ukarał go odebraniem prawa do obrony.

Bratanek Jerzego i ojciec Grzegorza, Kazimierz Braun, reżyser i teoretyk teatru, dyrektor teatrów w Lublinie i Wrocławiu wspominał z goryczą obojętność (?) środowiska literackiego wobec losu kolegi po piórze. Tyle, że on odwiedzał stryja w więzieniu, dotknął fizycznie tamtego czasu.

 Obserwując to, co produkuje Grzegorz Braun stwierdzam, że jest zaślepiony. Stwierdzam, że wziął na siebie rolę mściciela, wyrównuje rodową krzywdę. Narzędziem jego zemsty jest propaganda.

A może się mylę? Może Grzegorz Braun nic nie wie o swoich przodkach, może nic mu o nich nie przekazano?

Bo przecież gdyby wiedział to zainteresowałby się głębiej ich czasem. Wczuł się w ich sytuację. Starałby się zrozumieć świat, który ich otaczał. Poznał bliżej i wielostronnie ludzi, którzy w tamtych czasach żyli. Tego wymaga szacunek dla przodków.

12:24, edwarddana
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 01 lutego 2010

Historia w ujęciu materializmu dialektycznego od Diabła przez Wujaszka podstępem na przesłuchaniu wydobyta.

             Żeń szeń

  - "Przecież trzeba pamiętać o tym, że wszelka nadbudowa jest wtedy, gdy podstawowe sprawy bytowe są poprawne" - Ni z gruszki, ni z pietruszki odezwał się Wujaszek Wania.

Popatrzyłem na niego pytająco. Jego polszczyzna jest już prawie poprawna, więc albo zaszyfrował komunikat, albo bredzi.

- Wspomnienia. – Niby to wyjaśnił i zaraz zaciemnił. - Jako rzecze Łunaczarski: Najwspanialszy przedstawiciel młodej burżuazji niemieckiej, Wolfgang Goethe, umiał po mistrzowsku pojmować świat i poszczególne jego zjawiska w sposób dialektyczny. Oto jego słowaWszystko jest jednakowe i wszystko różne, wszystko jest pożyteczne i zarazem szkodliwe, wszystko jest rozumne i zarazem nierozumne, wszystko, co wiemy o poszczególnych rzeczach, często przeczy sobie nawzajem.   Patrz Anatol Łunaczarski "Metoda materializmu dialektycznego w historii literatury" – referat niewygłoszony na VII Kongresie nauk historycznych w Warszawie w 1933.

-???

- Zaraz po szkole to więcej pamiętałem. I rozumiałem. Zasady cytowania jak widzisz były złożone i proste zarazem. Z tym wiąże się problem bazy i nadbudowy. Łunaczarski chciał powiedzieć, że Goethe wyrastał wysoko nad bazę, jak szarotka na owczych bobkach, ale ujęty na gorącym uczynku  w karby materializmu dialektycznego oderwać się od bazy nie mógł.

 W tym samym referacie Łunaczarski wyjaśnił: 

 Materializm dialektyczny to połączenie dialektyki i materializmu. Oba korzenie są głębokie i mocne. Potem wymienia kilka znanych nazwisk by na koniec stwierdzić, że powyżej Hegla i Feuerbacha korzenie się zrastają. – Tu Wujaszek chrzaknął i dodał. -  Dlatego żeń- szeń jest dobry na wszystko.

- To ostatnie to też Łunaczarski?

- Nie. Tak zeznała w śledztwie Jewdokia Michajłowna Furcewa znachorka kołchozowa z Amurskiego Kraju. To jej zeznanie cytowałem. – Powtórzył i zamykając oczy smakował.

Przecież trzeba pamiętać o tym, że wszelka nadbudowa jest wtedy, gdy podstawowe sprawy bytowe są poprawne.  

Pamiętam jej głos i nie tylko głos do dziś.

- I co? Wyłgała się dialektycznie?

- Wypuściłem z nakazem zachowania tajemnicy.

- Za co ją zgarnęliscie?

- Wroga była i zacofana. Wyznawała i stosowała nadal wbrew dialektyce zabobon łysenkizmu. A przecie jest powiedziane: To zupełnie naturalne, że władza robotnicza i chłopska zabija swoich wrogów jak wszy.- Zacytował i jak zwykle podał źródło Maksym Gorki

- Po co było ryzykować karierę i Znachorkę puszczać Wujaszku?

- Dowiesz się, że mi się opłaciło. Zresztą młody byłem. Posłuchaj jej jeszcze raz:

 Przecież trzeba pamiętać o tym, że wszelka nadbudowa jest wtedy, gdy podstawowe sprawy bytowe są poprawne.

 Mówiła niby do rzeczy, ale i od rzeczy zarazem. Coś takiego wtedy, tylko tow. Susłow mógł usłyszeć w Noc Październikową w listopadzie od zdefektowanej Mumii w Mauzoleum.  Pomyślałem  o niej - Sybilla Kremlowska.

Przepytam, pomyślałem, bo kto ma wiedzę ten ma władzę.

Przycisnąłem Babę do muru. Diabeł przez nią przemówił i zeznał, co wiedział. Że to  Diabeł przez nią mówi domyśliłem się od razu, bo skąd kołchozowa znachorka mogła wiedzieć, że Organy są jak  lustro obnoszone po drogach, że wiernie odzwierciedlają nasz, na naukowym światopoglądzie oparty, świat.

Skąd ta, w dzień dojarka w nocy wiedźma, mogła przypuszczać, że wydziały na najwyższym piętrze zajmowały się nadbudową i mówiło się o nich Nadbudowa, a te z niższych pięter parały się bazą i Bazą były nazywanie w familijnym języku Organów. Diabeł w nią wcielony to wiedział i opisał.

 Powiedział więcej. Przepowiedział co będzie .

Miał rozeznanie, że do Bazy garną się wszyscy, a w Nadbudowie nikt nie chce robić. Nie, nie dlatego że windy się psują. Przyczyna jest inna.

Wiedział Diabeł że ci z Bazy uzyskują z terenu nie tylko donosy. Bo oto wydział przemysłu lekkiego chodzi po korytarzach dobrze odziany i obuty, ci od spożywczego wypasieni, ci od budownictwa dacze mają urządzone  jakby to było NRD itd. itd.

Diabeł, choć w Dojarkę wcielony, uwiarygodnił się w moich oczach. Tak było.

Kiedy jeszcze dodał, że w Nadbudowie bida, bo "słowa, słowa, słowa, słowa", tylko słowa i symbole -ani to zjeść ani wypić - całkiem mnie rozczuliło Diablisko.

 Trzy samobójstwa średnio w miesiącu mieliśmy w Nadbudowie. Zawsze kartka do towarzyszy - "Nadajeło" - zgodnie z gwardyjska tradycją. Czas mijał, ofiar systemu przybywało.

 Potem Diabeł, mnie śledczego, zaczął kusić: Powróżę, ale podpisz cyrograf.

Budził zaufanie. Wziąłem, więc formularz, wypełniłem i podpisałem. Baba spojrzała na papier i nic Diabłu nie powiedziała. Wstydziła się przed Oblubieńcem. Napisałem, bowiem - Pocałuj mnie w dupę - ale napisałem to łacinką. Nic analfabetka nie pojęła. Bolszewicy nie wprowadzając łacinki przechytrzyli samych siebie.   Diabeł Babie na razie uwierzył. Jego strata.

Opowiedział więc , co i jak będzie.

 Najpierw w Bazie zaczną wymieniać sporadycznie niewielkie nadwyżki z terenu. Potem wpadną w rutynę, nadwyżki wzrosną. Zakwitnie handel wymienny.

Wydział przemysłu spożywczego będzie wymieniał wódkę na ryby z wydziałem gospodarki morskiej. W zamian za ziemniaki, kawior i futra wydział kołchozów uzyska materiały budowlane od wydziału nadzorującego budownictwo itd. Każdy w Bazie będzie coś miał do zaoferowania.

W międzyczasie Baza usprawni wymianę. Zamiast czekać, aż partner zorganizuje tuszonkę albo cement w zamian za ryby, które nie mogą czekać, wezmą zobowiązanie płatności na piśmie.

Piekło tylko na to czeka. O umowach, kredycie i spółkach, kto trzeba podpowie.

Usprawni się obieg. Wartości dodatkowej starczy dla wszystkich. Wydziały okażą się komplementarne. Żadnych ceł miedzy wydziałowych żadnych barier w Organach nie będzie.

Zapytałem, co z nami, z Nadbudową będzie. A on na to głosem Dojarki, że zmienią się ludzie w Bazie. Spasa się, ubiorą, pobudują. Dzięki usprawnieniom i uproszczeniu transakcji, wzajemnemu zaufaniu uzyskają czas wolny. Podniosą wtedy oczy ku górze. Zobaczą nędzę Nadbudowy. [Pokażcie, co macie powiedzą] i zobaczą samizdat i dewocjonalia, i trefną literaturę w łacińskim alfabecie, Orwella i porno, Siniawskiego i Daniela, Sołżenicyna i Zinowiewa. Kupujecie to barachło? - zapytają ci z Nadbudowy.

 Najpierw z litości, potem z ciekawości zacznie Baza wymianę z Nadbudową.

Fraszki i igraszki za fatałaszki i fistaszki. Cement i cegła za ikony i dzwony. Szałamow za parasolki, Orwell za arbuzy, Trocki za jedwabne gacie, Siniawski - Daniel za dziczyznę, Amarlik za bubliczki.

Różnica między Bazą a Nadbudową się zatrze, niesprawiedliwy podział dóbr ustąpi sprawiedliwej wymianie. I tu i tam zapanuje dostatek. Wartości dodatkowej, rozumu i zabobonu przybędzie.  Ot, dialektyka i materializm zrośnięci jak korzeń żeń – szeń, bo przecież:

 Co wiemy o poszczególnych rzeczach, często przeczy sobie nawzajem.

Nagle:

PiS się zachłysnął władza ponad cztery lata temu tylko i wyłącznie dzięki Michnikowi! Zabredził Diabeł znienacka dielektrycznie nieswoim głosem. Dopiero teraz  przeczytał osobiście i ze zrozumieniem białoruską łacinkę. Zawył.

Baba padła na linoleum w jej ust pociekła piana a tyłem wydostał się Bies. Ty kacapska świnio ryknął i zniknął.

Z podłogi wstała Baletnica, uczennica Pisieckiej.

Spędziliśmy z wypuszczoną Baletnicą miesiąc na Krymie.  

Za 5  ikon typu  eleusa, dostałem od naczelnika nadzorującego przemysł mięsny jego miejsce w pensjonacie, a Archipelag Gułag rozszedł się jak świeże bułki za czasów NEPu. Soboli starczyło  nawet na futro dla Baletnicy. Bawiliśmy się na Krymie w Zeusa i Europę.

         Wspomnienie z wakacji

 

       

   

18:03, edwarddana
Link Komentarze (9) »
sobota, 30 stycznia 2010

       papuga

To, co czytamy dziś o Polsce w The Economist to kolejny dowód na istnienie międzynarodowego lobby, na pajęczą aktywność sługusów kłamstwa i wielkich kosmopolitycznych spółek, monopoli wyciągających soki.

Komu służy The Economist? - To pytanie równie retoryczne jak celne. Ciężar tego pytania drąży drugie i trzecie dno a sedno szydłem wychodzi.

 

Anonimowi redaktorzy tego piśmidła chodzą na pasku i ukrywają swoje prawdzie oblicze pod maską. Mącą (za czyje pieniądze?) w zdrowym ciele świadomości.

 

To postawa strusia.

 

Czas uderzyć czołem w strusia takiego, jakim jest i bić tym czołem - twardym spiżowym - pod którym kłębi się sfora prawd niepoprawnych. Bić aż pióra opadną z drapieżnego oblicza.

 

Ukarze się prawda, która wyzwoli.

 

www.dziennik.pl/polityka/article538092/Economist_wychwala_Polske_i_rzady_Tuska.html

 Dla anglojęzycznych

www.economist.com/world/europe/displaystory.cfm?story_id=15394158

                  PAJAC http://www.sybillianizm.republika.pl/galeria/michal

09:28, edwarddana
Link Komentarze (20) »
wtorek, 26 stycznia 2010

http://www.rp.pl/artykul/9133,424824_Krzeminski__Najgorsze_sa__zle_obyczaje.html

Ireneusz Krzemiński pisze o złych obyczajach panujących wśród polityków i dosyć nędznym relacjonowaniu przez media tego, co z tych obyczajów wynika.

Od siebie dodałbym, że te obyczaje to proste przeniesienie obyczajów panujących w całym społeczeństwie, a więc wśród wyborców. Mentalność wybranych polityków, mentalność biznesmenów nie odbiega od mentalności ogólno społecznej.

Wrogo nastawiony do elit „Szary Obywatel” z całkowitą pokorą akceptuje otaczającą go kulturę drobnych szwindli. Dlaczego Szarak awansując miałby radykalnie zmieniać swe wartości?

Dlaczego media uzależnione od odbiorcy miały by nie ulegać dominującym gustom?

Jest to w większym lub w mniejszym stopniu problem wszystkich demokracji. Np. Polak dobrze zasiedziały na półwyspie Iberyjskim, w Grecji czy we Włoszech z łatwością mógłby ocenić i zrelatywizować sytuację panującą w Polsce. Przez zasiedziały rozumiem długoletni „pobyt uczestniczący” (coś jak metoda uczestnictwa stosowana w antropologii kulturowej). Celowo nie wymieniam krajów postkomunistycznych by uwolnić się upatrywania genezy zjawiska w oddziaływaniu lewicowych dyktatur.

Społeczeństwa kultury drobnego szwindlu są szczególnie łase na historyjki o dużych szwindlach. Uczestnicy tych kultur w zasadzie w każdym działaniu innych, a szczególnie tych wyżej wyniesionych, dopatrują się szwindlu.

Łasuch lubi czytać i słuchać o jedzeniu, alkoholik o wódce, erotoman o seksie. Lubią oni zwłaszcza historie i obrazy o dużym żarciu, wielkim piciu i tęgiej orgii. To norma.  

Oczywiście, są na świecie wyspy relatywnie wysokiej moralności. Nie są one wolne od subtelniejszych rodzajów szwindli i od plebejskiej ekscytacji skandalem. Nie mniej wstyd i sygnalizowany przez otoczenie niesmak znacznie ogranicza kult nieuczciwej zaradności. Kombinatora spotyka ostracyzm.

Te wyspy wyższej moralności nie powstały ani na skutek działania ostrego prawodawstwa, ani zbawczego oddziaływania takiej czy innej religii lub ideologii. Po prostu stopniowo, bardzo powoli mieszkańcy tych wysp szczęśliwszych zaczęli dostrzegać, że przestrzeganie reguł - gra fair play -bardziej w dłuższej perspektywie popłaca niż natychmiastowe zyski oparte na cwaniactwie. Ten proces umoralnienia i racjonalizacji zachowań społecznych był procesem długim i zawiłym.

Współczesne elity nie są zamkniętymi kastami czy stanami. Krążenie elit jest dziś relatywnie szybkie. Dlatego nie ma we współczesnym świecie możliwości wyłonienia ze społeczeństwa elit radykalnie różniących się kulturowo i obyczajowo do średniej ogólno społecznej.

Medialny aferalny show jest tylko lustrem, w który z lubością przegląda się Szary Człowiek nie zdając sobie sprawy że jest to lustro, że to co widzi to on sam wyolbrzymiony i wykrzywiony.

Grubo upraszczając społeczeństwa zamknięte czy to feudalne, autorytarne czy socjalistyczne zwłaszcza w swej schyłkowej fazie są społeczeństwami powszechnego szwindlu uzasadnionego racjonalnie.

W miarę jak społeczeństwa się otwierają wzrasta powoli świadomość nieracjonalności kombinatorstwa. Ten wzrost świadomości odbywa się metodą bicia się w nieswoje piersi. To bardzo ludzkie. Osobista skrucha pozostaje najczęściej tajemnicą, tajemnicą często wypartą ze świadomości. Na poziomie ponadindywidualnym najwygodniej palić w oczyszczającym obrzędzie Marzanny.

 

I na koniec pytanie:

Czy ktoś z was spotkał kiedyś szarego człowieka?

Mnie nigdy to się nie udało.

       Szary Człowiek z http://bucz.digart.pl/

13:03, edwarddana
Link Komentarze (92) »
poniedziałek, 25 stycznia 2010

http://www.dziennik.pl/wydarzenia/article533452/Pieronek_Holokaust_Zydowski_wymysl.html

Chcę dziś stanąć w obronie psów. Krzywd, jakich te zwierzęta doznają od człowieka nie da się zliczyć i rozliczyć. Wybieram z braku miejsca jedną psią krzywdę. Krzywdę czynioną psom w polskiej mowie.

Łże jak pies - mówią o podłym kłamcy. Nie wykluczam, że psy kłamią, nie twierdzę, że nie oszukują na psi sposób i swoich, i ludzi. Nie ulega jednak wątpliwości, że psy nie potrafią łgać na temat czynów i instytucji typowo ludzkich. Nic, bowiem o nich nie wiedzą. Nie wiedzą nic np. o niemieckich obozach koncentracyjnych i nie potrafią ich odróżnić od niemieckich obozów zagłady. Psy nie znają języka Włoskiego, nie potrafią nazwać Shoah – "invenzione ebraica".

Nie potrafią sformułować perfidnej wypowiedzi –  "… z historycznego punktu widzenia nie jest prawdą, że w obozach zginęli wyłącznie Żydzi, prawda ta jednak jest dziś niemal ignorowana".

Wypowiedzi to perfidna, bo nikt posiadający podstawową wiedzę na ten temat tego nie neguje, nie jest to wiedza ignorowana. Psy, jako nie ludzie nie potrafią jednak przeprowadzić rozróżnienia pomiędzy niemieckim obozem koncentracyjnym, w którym ginęli więźniowie różnych nacji klasyfikowani przez Niemców, jako polityczni lub kryminalni, a obozem  zagłady. W tych ostatnich makabryczny monopol na śmierć mieli Żydzi i Cyganie.

Shoah był wymysłem. Był jednak zrealizowanym Niemieckim  wymysłem. Być może władze niemieckie miały także jakieś pomysły na ostateczne rozwiązanie problemu innych narodowości. Przystąpili jednak do praktycznej realizacji ostatecznego rozwiązania na skalę przemysłową tylko wobec Żydów i Cyganów.

Psy na ten temat nie wiedzą nic. Nic, bowiem nie świadczy o tym by wśród psów funkcjonował przekaz historyczny by psy różnych ras pamiętały to, czego światkami a czasem uczestnikami byli ich przodkowie.

Nie można więc powiedzieć że Biskup tytularny Cufruta i laureat nagrody Orła Jan Karskiego łże jak pies.

11:29, edwarddana
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 18 stycznia 2010

   Nieznany szlachcic - mnie nieznany

       

 Daniel Passent zbudował swój ostatni wpis, w blogu Polityki z cytatów z wypowiedzi Flaszena dla Dużego Formatu

http://passent.blog.polityka.pl/

Nie mam dostępu do papierowego wydania GW, a w internetowym na razie nie znajduję cytowanej rozmowy Flaszena z Sobolewskim.

Dlatego za Passentem cytuję Flaszena:

"PRL był laboratorium zniewolenia i wolności. Istotne, co człowiek robi ze swojego zniewolenia i ze swojej wolności. Ta perspektywa kusiła – znaleźć możność w niemożności. Dziś widać, że umiarkowane zniewolenie może być płodne, a wolność bywa jałowa w sztuce. Proszę mnie dobrze zrozumieć: nie ogarnęła mnie nostalgia za PRL, chcę zrozumieć, co się nam przydarzyło. Z perspektywy, niejako na odchodnym".

Zgoda, tak było. Zaniepokoiło mnie jednak zdanie o wyjałowieniu sztuki przez wolność. Czyżby wilk miał prawo z dumą powiedzieć do zająca:

"To dzięki takim jak ja masz takie piękne długie skoki. To dzięki mej watadze tak pięknie kluczysz w ucieczce."

No, ale Flaszen to nie żaden wilk. Flaszen ma długi rozum. Szkoda tylko, że znajdzie się wielu kundlów, którzy będą to zdanie za Flaszenem powtarzać na swoje usprawiedliwienie.

Chcę także uzupełnić zacytować fragment wypowiedzi Flaszena, który wyczytałem w omówieniu treści Dużego Formatu w internetowym wydaniu GW:

http://wyborcza.pl/1,99505,7444281,W__Duzym_Formacie_.html   Trzewik Montaigne'a

"Wysoki dostojnik kościelny rokował z władzami komunistycznymi, aby "Apocalypsis..." obłożyć cenzurą."

Flaszen elegancko pomija, kim był ten dostojnik. Tu u siebie, pragnę przypomnieć, że był to kardynał Wyszyński. Przypominam to nie dlatego by mnie te zabiegi prymasa oburzały. Wpisuje jego imię tutaj by przypomnieć ten fakt ewentualnym czytelnikom, z których niektórzy mogli o tym zapomnieć lub o tym nie wiedzieli.

Przypominam też, dlatego że prymas podobnie jak inni mieszkańcy PRL próbował w ramach możliwości realizować cele swojej formacji ideowej i instytucji, którą dzielnie reprezentował. Nie była to ani pierwsza ani ostatnia próba Niezłomnego Księcia Kościoła wykorzystania „czerwonych” w grze przeciw innym niż akceptowane przez kościół postawy i nurty ideowe.

 Pomysł solidarności ogólnospołecznej wobec „Owych” zrodził się o wiele później. Czy był ten pomysł zawsze konsekwentnie stosowany to inna sprawa. Chyba nie był. O tym, że nie był ten postulat solidarności konsekwentnie stosowany świadczy jego efektywność. Gdyby, bowiem stosowano się do niego konsekwentnie nie byłby pomysłem skutecznym. Konsekwencją żelaznej konsekwencji jest na ogół sromotna porażka.

Co mnie zostało z PRL?

Przede wszystkim pozostał mi prywatny panteon. W tym panteonie jest miejsce dla wielu różnych twarzy. Panteon ten - galeria portretów tych, którym przyszło żyć w PRL i których szanuję – przypomina zbiór sarmackich portretów trumiennych. Zawsze patrząc na twarze starożytnych Polaków utrwalone na trumiennych blachach dzieliłem je na rodzaje trzy, na twarze lisie, bycze i indycze.

Jest w tym panteonie lisia twarz Wyszyńskiego, jest bycza twarz Kuronia i oczywiście indycze oblicze Wałęsy.

Czy ich ludzka wielkość jest efektem zniewolenia?

Czy byli by innymi gdyby nie PRL, czy zaistnieliby w mojej pamięci?

Pewne kolektywne ciało - nie pamiętam już czy to była Rada Państwa czy KC PZPR - po wyborze Wojtyły na papieża wyraziło radość, iż Syn Polski Ludowej dostąpił tego wielkiego zaszczytu.

Było, z czego się pośmiać w PRL. Tyle czy nie był to podły śmiech? Czy nie był to rechot z takich, jakimi gromada obdarza mądrych inaczej?

12:39, edwarddana
Link Komentarze (64) »
sobota, 02 stycznia 2010

Nieopatrznie przyjęte zobowiązania wymusiły na mnie blogową kwarantannę. Przyszła mi ona z trudnością niemniejszą niż trudność, z jaką alkoholik rezygnuje z zakąski wybierając śniadanie.

Po kwarantannie zajrzałem ostrożnie do znajomych blogów.

I co?

A no to, że jak na razie, nie znalazłem w sobie motywacji by coś w blogu napisać. Z jednej strony niektórzy (nieliczni) blogowicze lepiej piszą „w moim imieniu” niż potrafiłbym to zrobić ja, z drugiej strony inni, piszą tak, że nie widzę powodu by reagować.

Wydaje mi się, że odwykłem i powróciłem do naturalnego stanu, w którym tkwiłem przez lat kilkadziesiąt, kiedy to nie widziałem powodu by cokolwiek - z wyjątkiem tego, co wynikało z zawodowej konieczności – formułować pisemnie.

Wyczerpał się u mnie także, może tylko na razie, motyw ludyczny. 

Blogu nie skasuję. Nie zrobię tego, bo szanuję tych kilkoro komentatorów, którzy się w nim pojawiali, a także, dlatego iż nie wykluczam, że czasem ( lub z czasem) przyjdzie mi ochota na wypowiedz.

 Pozdrawiam Wszystkich, którzy tu jeszcze zaglądają.

PS

     Miasteczko

W okolicach tego miasteczka była moja pustelnia, dom użyczony mi przez przyjaciół. O miasteczku można przeczytać w sieci. Dodam tylko, że było to ulubione miejsce Hemingwaya.

Walki byków, jego walki byków, rozgrywały się na tamtejszej arenie, a strome okoliczne skały były tłem, w którym umieścił jeden z epizodów Komu bije dzwon – scenę egzekucji prowincjonalnych faszystów wykonaną przez głodny krwi republikański motłoch.

15:36, edwarddana
Link Komentarze (36) »
niedziela, 06 grudnia 2009

Przedwczesne, ale nie mniej szczere

NAJLEPSZE ŻYCZENIA ŚWIĄTECZE I NA NOWY ROK WSZYSTKIM UCZESTNIKOM I CZYTENIKOM

EDD

PS

W związku z brakiem czasu zawieszam blogogowanie. Być może wznowię je po świętach lub w przyszłym roku. Ewentualne komentarze, które prześlecie będą, co pewien czas publikowane.

Do poczytania.

  Pieter Brueghel

14:00, edwarddana
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 grudnia 2009

     Sejm Galicyjski

Wiem że nikogo nie namówię na czytanie przestarzałych opowiastek a tym bardziej powieści.

Postanowiłem  dlatego zamieścić fragmenty takiej powieści jako notatkę. Może was to zabawi, może nie. Chcę jednak przypomnieć  Bałuckiego  i podziękować mu za jego trudy i mozół.

Rzecz dzieje się w Galicji w Miasteczku Pipidowka.

                    Michał Bałucki 

…………………………………………………

Było to (…) w tym czasie, kiedy Galicja, a względnie Pipidówka, cieszyła się już od lat kilku rządem autonomicznym.

Z początku miała ona niemały kłopot z tą autonomią, jak ów chłop z zegarkiem, z którym nie wiedział, co robić, bo go nakręcać nie umiał. Pipidówka także nie umiała nakręcać się odpowiednio do autonomii ani autonomii nakręcać na własny użytek; czuła się tym niejako zdetonowaną, a w głowach i ustach jej mieszkańców pojęcia autonomii i detonomii mieszały się ciągle ze sobą i jedno brano często za drugie. Przyzwyczajeni od lat tylu do rządów c. k. komisarza powiatowego, czcigodni obywatele Pipidówki nie mogli na razie oswoić się z myślą, jak to być może, żeby oni sami mieli myśleć i radzić o swoich potrzebach i poczynać coś bez pozwolenia c. k. urzędu powiatowego.

Dziś, gdy już oswoiliśmy się z autonomią i kontuszami i poruszamy się w nich z pewną wprawą, trudno zrozumieć, jakie męki przechodzić musieli szanowni obywatele Pipidówki, kiedy im przyszło stawiać pierwsze kroki na politycznym torze. Aktor, grywający lokajów, gdyby mu kazano objąć rolę pierwszego amanta bohaterskiego, nie byłby więcej zakłopotany, jak pierwsi rajcowie Pipidówki.

Pierwsze posiedzenie odbyło się jeszcze jako tako, bo większą część czasu zabrało nabożeństwo solenne, potem odbieranie przysięgi, potem pan prezydent w sali przybranej ad hoc wieńcami i kwiatami wynurzał na rozmaite sposoby wdzięczność swoją panującemu monarsze za tę łaskę, że raczył uszczęśliwić nasz kraj autonomią, a Pipidówkę w szczególności radą miejską.

(…)

Ale na drugim nie wiedziano, co robić dalej. Poschodzili się z bardzo poważnymi minami, posiadali w krzesłach z wielką powagą; ale dalej ani rusz. Rajcowie czekali na prezydenta, co im powie; prezydent znowu spodziewał się coś od radców usłyszeć — i tak wzajemnie czekano na siebie, pochrząkując i pokaszlując. Gdyby to było w handelku, przy lampce wina, nie tak trudno byłoby o przedmiot do rozmowy, bo mieszkańcy Pipidówki mieli pociąg do wielkiej polityki i nieraz, jak się im języki rozwiązały, wypowiadali wojny, zawierali traktaty w imieniu mocarstw europejskich, wypowiadali bardzo zbawienne rady panującym, stawiali polityczne horoskopy i wyciągali arcytrafne wnioski z bieżących wypadków; ale gdy przyszło im radzić o takich drobnostkach, jak sprawy miejskie, i to jeszcze na sucho, żaden ust otworzyć nie umiał — i kto wie, czyby się nie byli porozchodzili do domów bez żadnego rezultatu, gdyby nie był powstał pan Pocięglewicz i nie zażądał głosu.

Mówił przeszło pół godziny, a mówił tak, że wszyscy, nie wyjmując samego pana burmistrza, gęby z podziwu otworzyli, a jeden z rajców podobno z taką otwartą gębą do domu powrócił zapomniawszy ją zamknąć przez drogę z wielkiego podziwu; wszystkim bowiem to się w głowie pomieścić nie mogło, że taki Pocięglewicz, który o wyprawie meksykańskiej albo o sprawie wschodniej trzech słów się nigdy nie odezwał, stał się naraz tak wymownym, gdy przyszło mówić o sprawach miejskich.

Zaczął od tego, że wstrzymuje się jeszcze z wyrażeniem swojej radości z powodu zaprowadzenia rządów autonomicznych, bo to dopiero z czasem się pokaże, czy mamy się tak bardzo z czego cieszyć; zależeć to będzie od tego, czyśmy już dorośli do rządzenia, czy będziemy umieli gospodarować na własną rękę.

— Dotąd — mówił — byliśmy niejako w kurateli, rząd za nas myślał o nowych potrzebach, rozporządzał według swojej woli naszymi pieniędzmi. (Tu rajcowie z przestrachem obejrzeli się, czy pan komisarz nie stoi gdzie w pobliżu i nie słyszy tych słów, które można było uważać za krytykę a nawet obrazę rządu.) Teraz oddano gospodarkę w nasze ręce. Gospodarujmy więc dobrze, żeby się w praktyce nie pokazało, że jesteśmy gorszymi gospodarzami niż nasi dotychczasowi opiekunowie.

Nie zapominajcie panowie — mówił dalej — że urzędy autonomiczne: takie rady miejskie, rady powiatowe, wydział krajowy, które będą rządziły krajem nie same, ale w połączeniu z biurokracją, a raczej będą stanowiły obok właściwych urzędów rodzaj honorowej asysty z głosem doradczym, a bez władzy wykonawczej — że te, powiedziałbym, honorowe urzędy narażą nas, dosyć już i tak wyciśniętych podatkami, na nowe wydatki, a tym samym i podatki, baczyć więc pilnie na to należy, aby te wydatki nam się opłaciły, aby obstała skórka za wyprawę i rządy autonomiczne nasze nie były tylko kosztownym zbytkiem. Rząd nam pozwolił wypowiadać głośno nasze potrzeby, krytykować jego czynności, to bardzo ładnie z jego strony, że pozwolił na to, co nam się już dawno należało; ale idzie teraz o to, aby się tylko na gadaniu nie skończyło, aby ci, których powołano do reprezentowania życzeń kraju, nie tyle dbali o sławę dobrych mowców, ile o praktyczne rezultaty swojego gadania. Gadanie jest potrzebne, panowie, dla porozumienia się, bo mamy przykład w Biblii, że jak Pan Bóg ludziom pomieszał języki, to porozumiewać się nie mogli i wieży Babel nie skończyli. Ale idzie o to, żeby nie było więcej gadania niż roboty, boć i przekupki mielą językiem na rynku od rana do nocy, i to nieraz tak wprawnie, żeby niejednego mowcę zakasowały; a jednak takim gadaniem nic nie zbudują, tyle tylko, że się rozjątrzają wzajem na siebie.

(…)

— Dość spojrzeć na nasze miasteczka, aby się przekonać, jak mało dbano dotąd o ich podniesienie. Nasza na przykład Pipidówka przedstawia się nie o wiele lepiej od niejednej wioski na Śląsku pruskim (pan Pocięglewicz, jako handlujący nierogacizną, miewał w tych stronach częste interesa). Mamy niby to rynek, a w nim parę murowanych domów i kramów; ale aby się do nich dostać, trzeba brnąć po kolana w błocie, nie mówiąc już o nocy, w której panują u nas egipskie ciemności, dzięki którym niedawno jeden pijak, wracający późno do domu, śmierć znalazł w kałuży, i to w samym środku miasta. Mniejsza tam o jednego pijaka, ale to przecież wstyd dla nas mieć takie bagna w mieście, a większy jeszcze wstyd nie mieć latarń nawet, które by pozwoliły orientować się wśród ciemności. I wiele, wiele takich braków dałoby się wyliczyć. Toteż kiedy szedłem na tę radę, byłem pewny, że nie dostanę się do głosu, tak wielu domagać się go będzie i wyliczać potrzeby naszego miasta i to, co nam dla zaradzenia temu czynić należy.

(…)

— Niby to tak łatwo — mruknął malarz i lakiernik w jednej osobie i westchnął, bo mu się przypomniało, ile to on starań i zabiegów nieraz robił około wytrzaśnięcia kilkunastu guldenów na własne potrzeby.

Ale pan Pocięglewicz wytłumaczył mu, że co pojedynczy człowiek, to nie miasto, że jakkolwiek miasteczko jest bardzo biedne, ma jednak jakie takie dochody z propinacji, z pastwiska, z lasu — a można będzie te dochody znacznie powiększyć, jeżeli się uzyska pozwolenie sejmu na zaprowadzenie rogatek wkoło miasta i pobieranie myta, jako też dodatku do podatku na potrzeby miasta, podatku od psów itd. Objaśnił go także, że z tymi skromnymi funduszami, jakie obecnie znajdują się w kasie miastowej, będzie już można rozpocząć niektóre roboty najpotrzebniejsze, jak np. sprawienie kilku latarń i zrobienie gładkiego chodnika kamiennego choćby w najpryncypalniejszej części rynku.

Rajcowie po wysłuchaniu tej mowy uważali sobie za obowiązek iść co tchu do pana komisarza dla wybadania go, czy przypadkiem nie będzie im to w oczach rządu za złe uważane, za rodzaj buntu, nielojalności. Nie poszli oni tam razem, jawnie, ale każdy w sekrecie przed drugimi, chcąc się w cztery oczy usprawiedliwić przed władzą, gdyby tego okazała się potrzeba.

Gdy jednak pan komisarz oświadczył im, że rząd nie tylko nic nie ma przeciw takim gadaniom, ale owszem, życzy sobie, aby obywatele głośno i otwarcie wypowiadali swoje myśli, wtedy dopiero odetchnęli swobodniej, a w miarę tego rosło także ich uwielbienie dla Pocięglewicza, że on tak umiał zwąchać zamiary rządu.

Byli jednak tacy, a między nimi Wystalski, którzy utrzymywali, że to odważne wystąpienie w radzie Pocięglewicza nastąpiło po poprzednim porozumieniu się z panem Komisarzem i za jego łaskawym pozwoleniem.

                        Dziś, gdy już oswoiliśmy się z autonomią i kontuszami i poruszamy się w nich z pewną wprawą

 

08:45, edwarddana
Link Komentarze (24) »
środa, 02 grudnia 2009

 François Boucher , Pan i Syrinx

Stan spraw i rzeczy na świecie, w Europie i w Polsce wprawia mnie w dobry humor. Zresztą nie tylko stan, ale i ruch rzeczy i spraw daje duże powody do zadowolenia. Życie stało się weselsze i łatwiejsze, dostęp do wiedzy i zabobonów prostszy, seks bezpieczniejszy, a kobiety i mężczyźni dłużsi. Należy oczywiście liczyć się z poważnymi zawirowaniami (jak mawiali Kiszczak i Glemp) w przyszłości, ale te wiry i zaburzenia to rzecz normalna i zawsze po nich bywa lepiej.

Nawet tacy zboczeńcy jak masochiści mają powody do zadowolenia, bo wspomniana wyżej łatwa dostępność do wiedzy i zabobonu pozwala z byle czego, zbudować dowolną przepowiednię apokalipsy i czerpać całkiem poważną radość z nadchodzącej katastrofy.

            Zdzisław Beksiński

Zastanawiam się czy nie było by dobrym biznesem usystematyzować i zorganizować jakoś współczesny katastrofizm w rodzaj Kościoła Apokalipsy. Powiedzmy podzielić przyszłość na periody, powiedzmy pięćdziesięcioletnie lub stuletnie i na końce tych okresów wyznaczać Końce Świata. Hulaj dusza: Od Końca do Końca.

Należałoby przy tym wiarę w cykliczność końców oprzeć na przekonywujących przesłankach odwołujących się do bezmiaru naszej ludzkiej niewiedzy, która jest oczywiście nadal wielka jak nieskończoność. Ważną rzeczą wydaje mi się by opracować system rytuałów zarówno codziennych jak i nadzwyczajnych, których realizacja zapobiegnie Końcom.

Na razie w tej dziedzinie panuje chaos i zdezorientowane populacje nie wiedzą, kiedy się śmiać a kiedy płakać. Nie od rzeczy będzie tu dodać, że takie rytmiczne i zorganizowane zabiegi mogą przyczynić się do dynamicznego wzrostu produktu globalnego brutto.

To nie były by już krótkonogie pięciolatki czy kulawy plan sześcioletni to były by Periody na skalę ludzkiego życiorysu albo pokoleń.

Rozumiem, że ewentualni czytelnicy mogą mieć w sprawie systematyzacji Końców niemiłe asocjacje. Odwracanie nieodwracalnego Końca może kojarzyć się, bowiem nie tylko z planem sześcioletnim i pięciolatkami, ale także z rytualnym kanibalizmem (patrz:hist. erud.).

Tak być nie musi. Można coś innego wymyślić, bo nawet prosty katastrofista może pójść po rozum do głowy. Oczywiście katastrofista może w tej pustyni zabłądzić.  TOMASZ BACHANEK - POGODA NA BACHANALIA

11:29, edwarddana
Link Komentarze (27) »
sobota, 28 listopada 2009

      Pod Arsenałem

Duży był – podobno metr dziewięćdziesiąt.

 Jego dziadek pochodzący z Irlandii służył w armii Piotra I. Mógł być Rosjaninem, ale jego ojciec wżenił się w Podolską szlachtę w tej części Podola, która po I rozbiorze przypadła Austrii. Nie miał, więc wielkiego wyboru – wnuk Irlandczyka w służbie Rosyjskiej został Polakiem. Urodzony w 1773 roku, jako poddany austriacki, już jako dziewiętnastolatek walczy w szeregach Kawalerii Narodowej pod Zieleńcami i Dubienką broniąc Konstytucji 3 maja.

Po klęsce jego formacja została wcielona przymusowo do armii rosyjskiej, ale na wieść o powstaniu kościuszkowskim przedziera się na stronę Insurekcji. Zostaje oficerem.

Potem, po nowej klęsce, krótki pobyt w Galicji i hajda przez Konstantynopol do Włoch, do Legionów. Walczył pod Legano. Był jeńcem u swoich, czyli Austriaków. Udało mu się jednak ukryć fakt, iż był poddanym Cesarza, wtedy jeszcze Cesarza Rzymskiego.  Odzyskał wolność podając się za francuskiego oficera.

Jako oficer Półbrygady Liniowej Polskiej walczy na Haiti. Staje tam niezwykle dzielnie. Potem z grupą Polaków odpływa w kierunku Kuby. Po drodze przechwytuje ich Her Majesty's Ship  Racoon. Udaje mu się jednak, ponoć dzięki przynależności do masonerii (?), przekonać Anglików by go wraz z towarzyszami wypuścili. Przez jakiś czas trudni się korsarstwem. Jakieś plany założenia kolonii na Florydzie?

Powrót do służby Francuskiej.

 Cały napoleoński szlak aż do Moskwy i z powrotem. Bronił uparcie Modlina. Od 1815 służba w stopniu generała w armii Królestwa Polskiego. Zwolennik ostrej dyscypliny i surowych kar. Przyczynił się do surowego ukarania majora Łukasińskiego. Zginął w Noc Listopadową na ul. Długiej od kul powstańczych usiłując odzyskać dla Króla i Cara Arsenał.

Zeznania świadka:

"Jadący ul. Długą por. Podczaski machnął chustką na znak żołnierzom kompanii 5 p.p., stojącej na tej ulicy, aby zabili gen. Blumera, ponieważ wołał na nich, żeby sie połączyli z pólkiem Wołyńców rosyjskich. Wtedy wystąpił z szeregów feldfebel i dal strzał do gen. Blumera, który spadł z konia. Rzucili sie żołnierze z rozkazu tegoż feldfebla i generałowi przez wystrzały z broni życie odebrali".

 Ignacy Blumer wraz z kilkoma innymi oficerami polskimi został zaszczycony przez cara obeliskiem.Na carski rozkaz ku czci oficerów ofiar pierwszej powstańczej nocy wzniesiono 30 metrowego kolosa z żelaza na Placu Saskim.  Potem kiedy w tym miejscu postanowiono wybudować prawosławny sobór  Aleksandra Newskiego obelisk przeniesiono na plac Zielony - dziś Dąbrowskiego. Tam, w miejscu mniej eksponowanym łatwiej było pokrywać go obelżywymi napisami.

  Pomnik lojalistów jeszcze na Placu Saskim

   

23:42, edwarddana
Link Komentarze (26) »
środa, 25 listopada 2009

           Ułan

Gościłem tego lata starego przyjaciela Z.  W pewnego późne popołudnie zapijaliśmy leniwie lunch siedząc przy stoliku po cienistej stronie jednego z placyków Miasta. Miasto, o urodzie wyolbrzymionego Przemyśla zmieszanego z Sandomierzem dawało nam poczucie swojskości, łacińskiego poczucia ładu i umiaru. Może, dlatego zeszło Z. na wspomnienia.

- Wtedy jak pamiętasz – zaczął – wypuścili mnie po trzech miesiącach. Niby ulga, ale groziło wojsko. Matka i ciotki zaczęły szukać dojść i kontaktów.

Na wszelki wypadek trzeba było zniknąć z dużego miasta.

 Jakby na zawołanie zaprosił mnie W. Tak, ten sam W. którego i ty kiedyś poznałeś. W. zaprosił mnie do swojego dziadka na wieś. Matka z ciotkami orzekły, że jak najbardziej, to porządna rodzina, znają, tam będzie bezpiecznie jak nigdzie.

Pojechałem, zostawiając matce i ciotkom zabiegi o wyłganie mnie z wojska i szukanie mi miejsca na jakiejś uczelni na dowolnym kierunku.

 Na miejscu, jak w starej powieści konie czekały na stacji z furmanem i z W.

 Dom jego dziadka w okazał się porządnym drewnianym prawie dworkiem solidnie wykończonym za sanacji. Wnętrze Polskie. Kilimy na ścianach, kopie malunków dewocyjnych i patriotycznych, na ścianie raczej nowoczesna, bo chyba przedwojenna, szabla.  W gablotce zbiór peerelowskich odznaczeń i odznak kombatanckich.

Dziadek żył samotnie, a obrabiała go dochodząca ze wsi gospodyni, zresztą siostra gosposi miejscowego proboszcza.

Był czerstwy i w cholewach. Człowiek otwarty i szczery. Jak na dziadka kumpelski, ale - nawet jak na tamten czas, miejsce i etos - antysemicki powyżej krajowej normy. Oczywiście antyrosyjski jak trzeba, i jak trzeba podkreślający zdobycze Ludowej.  Dubeltówka w domu. Jednym słowem pełen swady i partyzanckiego humoru moczarowiec. Teraz to tak opisuję, bo wtedy wszystko wydawało mi się szare i normalne, a na fanaberie zgredów nie byłem wrażliwy.

Minął sierpień. Dziadek zacierał ręce. "Mają za Zaolzie, za dwudziesty rok należało się." Mściłem się strasznie za te jego Polskie tanki ogrywając go w szachy. Po przegranej mruczał zawsze, że wiadomo, dlaczego musi przegrać i na moje kombinacje nie może nic poradzić. "Jedna kropla tej krwi wystarczy".

Zbliżał się październik. W. niewywalony ze studiów wracał do domu i na Uczelnię. Mama i ciotki zjechały poszeptały ze starszym panem. Zostałem "póki się nie wyjaśni".  Dopiero przed Bożym Narodzeniem przyszedł sygnał, że do wojska nie zabiorą. Ze studiami było niejasno.

Pojaśniało. Wyjechałem.

Jeszcze kilka kartek świątecznych. Pozdrowienia przekazywane za pośrednictwem W. Potem wiadomość, że umarł. Z W. także stosunki się rozluźniły. Studia jak wiesz w różnych miastach. A potem… Spotkałem go po wielu latach tej  wiosny. Pytał o ciebie. Pozdrawia.

- Ty go też go pozdrów.  -  Odpowiedziałem - Adresu nie biorę, bo i tak nie napiszę. Za krótki czas mięliśmy razem, ale się trochę dziwię, że z polityki się wycofał tak szybko, chyba zaraz po wyborze Wałęsy, trzyma się na uboczu i jakąś swoją humanistykę z katedry klepie.

- O to samo go zapytałem. Mruknął w odpowiedzi coś niewyraźnie, ale potem na weekend na wieś zaprosił, do znanego mi domu po dziadku. Zjechaliśmy tam w piątek. Dom i meble te same, nawet szachy te same i szabla. Gabloty z odznaczeniami tylko nie widać. Wyłączyliśmy komórki i jak za młodych lat… tyle, że Gorzką żołądkową.

Zapytałem znowu, czemu się wycofał. "Wszystkie predyspozycje miałeś", mówię. "Brakowało takich jak ty". Odpowiedział, że miał przeczucie. Potem wziął dużą setkę nabrał powietrza i zaczął: " Przecież widzisz, co się porobiło z "dziadkiem z wermachtu"".

"Nic się nie porobiło, zresztą twój..." ja na to.

"Dziadek z wermachtu to nic." Powiedział z dużym jakby żalem.

"Że twój był utrwalacz? Ale przecież tylko w zwykłej MO. Dziś to nic nie znaczy", tłumaczyłem.

"Z nim było gorzej ."

"Ale po czterdziestym dziewiątym go posadzili. Dopiero za Gomułki poszedł w kombatanty. Że polował z Komitetem Powiatowym? Przecież musieliby w IPN całe Lasy Państwowe i cała zwierzynę łowną skatalogować"

"Gorzej. Mój dziadek nie był czerwonym, był granatowym." Wyksztusił.

"Tak. Był policjantem od przedwojnia. Jak przyszli Niemcy w pierwszą jesień nikt chyba nie przypuszczał, jacy będą i jak będzie. Tu się raczej chłopi cieszyli, że Ruski nie przyszedł. Chyba nawet były i są jakieś zasady międzynarodowe regulujące status policji lokalnej na terenach okupowanych. Zresztą nie wiem jak on wtedy myślał. W każdym razie po wojnie lubelskie władze zweryfikowały go pozytywnie i zatrudniły do organizacji nowej policji, czyli milicji. Sprawdzałem u historyków setki takich zatrudnili może nawet ponad tysiąc. To wysoki procent. Potem ich przed pięćdziesiątym wywalili albo wyaresztowali. Tak został więźniem stalinizmu. Potem już po zwolnieniu i rehabilitacji jeszcze ktoś go chciał zastrzelić, ale tylko postrzelił. Zaczął wtedy rozpowiadać, że zdeponował listę kapusiów z czasów okupacji w bezpiecznym miejscu i że na wypadek jego śmierci nazwiska wyciekną. Nikt już więcej nie próbował. Nawet jak opowiadał czuł swoim policyjnym nosem jakby opiekę i wsparcie. Przecież część z tych ludzi nie przestała. To podobno działa jak nałóg. Niektórzy karierę nawet w resorcie zrobili."

Tu W. przerwał. Trochę się jakby zawahał, ale wódka zrobiła swoje już swoje.

"Powiedział, że bezpośrednio tylko raz mu się pamięć przydała. Twoja ciotka Z. jak wiesz w czasie okupacji mieszkała w okolicy. Mieli tu takiego namierzonego przed samym wkroczeniem Ruskich kapusia. Jak wyszła twoja sprawa w sześćdziesiątym ósmym, jak zaczęły szukać kontaktów i sprawdzać dojścia, trafiła na niego wysoko wśród partyzantów. Przekazała dziadkowi. Nawet nie musiał jechać do Warszawy. Przekazał list przez pośrednika, jakiegoś bubka z tutejszego powiatu bardzo czytelnie się podpisując."

"A lista, czy taką listę zostawił."Zapytałem zupełnie głupio, bo nic innego nie przyszło mi do głowy zapytać.

"Nie, to był bluff, ale z tym moczaryzmem i antysemityzmem nie bluffował. Taki był. Przepraszam". Dodał trochę bełkotliwie.

- A ja – mówił dalej Z. – Czułem pijacki wstyd. Nie wiem czy za głupie przeprosiny W.? Czy za to, że życie ułożyło mi się dzięki szantażowi?

Zrobiło się późno. Zaczęła się głośna łacińska noc.

- Pora na obiad Z. – Powiedziałem. - Proponuję jakąś rybę z podsmażana świniną. To miejscowa tradycja.

- Dobrze. Zgłodniałem. – Zgodził się. – Ale wcześniej napijmy się z dobrą pamięć starego granatowego. Wypiliśmy.

 

    

 

04:15, edwarddana
Link Komentarze (40) »
środa, 18 listopada 2009

       Bracia Karamazow

Czytam sobie książkę Edwarda Stanisławowicza Radzińskiego Aleksander II. Ostatni wielki car.

 Nie należy tego pisarza czytać z głębokim nabożeństwem. Ten brak nabożności najlepiej uzasadnił jeden z recenzentów książki o Stalinie napisanej przez Radzińskiego:

Książka "is essentially a compilation of fact, opinion and gossip already in circulation for decades" (jest w istocie kompilacją faktów, opinii i plotek będących w obiegu od dziesięcioleci).

Dotyczy to także w dużym stopniu innych jego książek, ale zachowując dystans można i warto go czytać. Radziński pisze potoczyście i nie nudzi.

Książka, o ile wiem, jest dostępna po w języku polskim. Była zapewne recenzowana. Nie ma sensu jej streszczać. Każdy może przeczytać na własną rękę.

Chcę tylko wypisać z niej pewien dla mnie nowy fakt dotyczący twórczości Dostojewskiego i przytoczyć pewien domysł w tej książce zawarty dotyczący śmierci pisarza. Domysł ten jest tylko domysłem i to zapewne zbyt daleko idącym i jest historycznie nie do zweryfikowania.

Fakt, że Dostojewski planował napisanie dalszego ciągu Braci Karamazow jest faktem znanym. Pobrał nawet -a konto tej kontynuacji  - zaliczkę, którą wdowa ,nieskończenie dobra Ania, musiała zwrócić.

Nie wiedziałem jednak, co Dostojewski planował dla Aloszy Karamazowa.

Otóż Alosza miał zostać ni mniej ni więcej tylko terrorystą.

Teraz pora na domysł.

Zacznijmy jednak od tego, co zdarzyło się pod koniec życia Dostojewskiego w historii Rosji.

 

5 lutego 1881 Stiepan Chałturin odwalił chałturę na rzecz Komitetu Wykonawczego Woli i Wolności Ludu (niezręczny przekład, ale wyczerpujący treść nazwy).

 Chałturin zgromadził pod jadalnia carską w Pałacu Zimowym 7 pudów dynamitu. Mimo, iż inny terrorysta i ekspert od eksplozji wyliczył, że ładunek jest za mały to jednak ówcześni rosyjscy miłośnicy - woli i wolności dla ludu wbrew ludowi - zdecydowali się na eksplozję. Chałturin odpalił. Zginęło kilkudziesięciu ludzi przebywających na piętrze dzielącym jadalnię od ładunku. Jadalnia jednak została tylko zdemolowana. Car tym razem ocalał.

Dostojewski tkwił już wtedy, choć były katorżnik, w prawdziwie reakcyjnym środowisku. Piszę tkwił, co nie znaczy, że jego poglądy i wrażliwość była w pełni zgodna z poglądami tego środowiska.

Bywał nawet zapraszany przez członków rodziny carskiej, czytał go następca tronu, publikuje u Katkowa - przeciwnika jakiejkolwiek liberalizacji rosyjskiego samodzierżawia, dla którego Car to Rosja - ale przede wszystkim staje się Dostojewski protegowanym Konstantego Pobiedonoscewa.

Pobiednoscew to znienawidzony przez rosyjskich ówczesnych liberałów ideowy zwolennik samodzierżawia, człowiek, który będzie ideologiem późnego caratu do 1905 roku, głosiciel potrzeby rusyfikacji mniejszości, wróg Polaków, Unitów i Żydów. Wystarczy przypomnieć, że był dla Tołstoja prototypem Karenina żeby każda czytelniczka i każdy czytelnik Anny Kareniny zorientowali się, jaki wstręt  ta wybitna, i co gorsze inteligentna, postać powinna budzić u ludzi dobrej woli (niekoniecznie woli ludu).

W kręgu Dostojewskiego był także Aleksander Suworinow. Naprawdę to wtedy było na odwrót. To Dostojewski znalazł się w kręgu Suworinowa. Geniusz geniuszem, ale nie wolno pisać anachronicznie, nie wolno zapomnieć, o jakich czasach piszę.

Aleksander Suworinow był wydawcą pisma Nowoje Wremia. By scharakteryzować krótko i wyraziście wydawcę najlepiej zacytować motto złośliwie przypisane wydawanemu przez niego pismu przez ówczesnego Rosyjskiego satyryka: Uparcie iść do przodu przez anus.

W kilka dni po nieudanym zamachu Chałturina, Dostojewski w rozmowie z Suworinowem stawia mu pytanie na pograniczu prowokacji policyjnej. Znowu anachronizm. To nie to środowisko, choć już wtedy bywało bardzo dziwnie.

Dostojewski zapytał swego rozmówce czy gdyby wiedział o planach  zamachu ostrzegłby, kogo trzeba. Redaktor, który ponoć wedle satyryka -  uparcie szedł przed siebie przez anus -  odpowiada: Nie.

Dostojewski przyznaje, że także by nie ostrzegł. Dziwni monarchiści, dziwni piewcy samodzierżawia.

Dostojewski umiera w 28 stycznia 1881. 13 marca 1881 Hryniewiecki zabija z woli Woli Ludu Aleksandra II. Tego cara, który co prawda posłał na Polaków Murawjowa Wieszatiela, ale dokonał też zarówno w Rosji, jaki i w Wielkim Księstwie Litewskim i w Kongresówce rzeczy wielkiej. Uwolnił Lud.

Radziński pisze, że za ścianą pokoju, w którym umierał Dostojewski wynajmowali mieszkanie aktywiści Woli Ludu. Za ścianą pokoju Dostojewskiego przygotowywano zamach. W dniu śmierci Dostojewskiego z ścianą odbyła się rewizja i dokonano aresztowań. Ze założono za tą ścianą efektywny kocioł.

Czy Dostojewski wiedział, kto mieszka w sąsiedztwie? Czy nie rozmawiał z sąsiadami, czy nie gromadził obserwacji, które mogłyby mu posłużyć do napisania następnego być może arcydzieła?

Czy rzeczywiście schylił się o obsadkę do pióra, co wywołało pękniecie naczyń krwionośnych w płucach? A może to były jakieś notatki jakieś dokumenty, których chciał się pozbyć słysząc z za ściany rumor (podobno wielki ) aresztowań i rewizji.

I to dziwne pytanie skierowane do Suworinowa?  

………………………………

PS I

Po śmierci Dostojewskiego Car przyznał jego żonie dożywotnią pensję w wysokości należnej wdowom po generałach majorach. W pierwszym odruchu pobiegła do jego pokoju męża by mu to oznajmić. Czy ta pensja uwolniłaby geniusza od prześladującego go całe życie kompleksu źle urodzonego wnuka popa z bracławszczyzny?   Po co jemu, a właściwie jego córce to szukanie korzeni w polskiej rodzinie Dostojewskich herbu Radwan?

PS II

Alosza Karamazow będzie miał dla mnie już na zawsze twarz Andrzeja Nardelli. Kto go pamięta?

http://www.youtube.com/watch?v=WpvFN0ivvo8

A Stawrogin i Piotr Wierchowieński?  To przecież Nowicki i Pszoniak.

………………………………..

Polecam:

http://niniwa2.cba.pl/cat_mackiewicz_dostojewski_1.htm

______________________________

       Biesy

 

17:41, edwarddana
Link Komentarze (125) »
czwartek, 12 listopada 2009

      Jezioro łabedzie

Motto:

Wpośród ciemnego znalazłem się lasu,

Albowiem z prostej zbłąkałem się ścieżki.

O jakże ciężko teraz wypowiedzieć,

Jaki ten las dziki, gesty i ponury.

Ciąg dalszy opisania pobytu  w tajdze w Kozackim Koszu który na koniec czymś innym być się okazał.

Wujaszek Wania, choć Moskal przypuszczał, że jezioro łabędzie to kultura wysoka jednym słowem fikcja, a łabędź to ptak udomowiony. Nic w tym nie ma dziwnego. Wujaszek to chłopak z Odessy.  

Bywał, co prawda w szerokim świecie i zadania wykonywał w różnych miejscach. Tak się jednak składało, że zawsze  były to miejsca gdzie łabędzie tańczyły w teatrze i na afiszach. Wujaszkowi ubrdało się, więc że nawet te łabędzie, które patrzyły z sadzawek parkowych jak dusi w zaroślach wrogów to tylko reklamy przedstawienia. Domyślał się, że te łabędzie rozmieszcza po świecie wydział kultury MSZ, jako promocję CCCP. Jednym słowem Wujaszek rozumiał role łabędzi tak jak pojmował rolę małp, które w dzieciństwie widział na Francuskim Bulwarze jadące na słoniu, kiedy to Cyrk Październik z Kamczatki przybył na gościnne występy do Odessy.

Wujaszek tkwił w swym mniemaniu podobno nadal, kiedy znienacka w drzwiach stanął esauł, który przedstawił się, jako Obłomow.

- Oczywiście Obłomow. – Przytaknąłem w myślach i zdziwiłem się, że już niczemu się nie dziwię. Miało się wnet okazać że prawda jest jeszcze dziwniejsza niz przypuszczałem.

Esauł zasalutował i zaprosił nas na polowanie na łabędzie

- Co? – Wrzasnął Wujaszek na Obłomowa. – Do łabędzia strzelać to jak strzelać do małpy a strzelać do małpy to tak jak do człowieka.

Wujaszek  ostatnio pod wpływem lektur, wspomnień z cyrku i z wrodzonego szacunku dla naczalstwa zaczął walczyć o prawa dla naczelnych.

- Nie strzelać, a topić. – Wyjaśnił Obłomow.

- Topić łabędzie? – Już łagodniej i pewnym zaciekawieniem zapytał Wujaszek.

Nawet on nie znał całej prawdy choć miało się okazać że wiedział więcej ode mnie.

- Tak topić. To wymyślił mój przyjaciel major Gonczarow. To ambitny człowiek. Nowy topos służbowy chce stworzyć.

- Rozumiem, że to jakieś nietradycyjne polowanie? – Zapytałem.

- To całkiem nowy pomysł. – Odpowiedział Obłomow i zaczął wyjaśniać.

Po wysłuchaniu nieco zawiłych wyjaśnień polowanie wydało nam się dobrym pomysłem.

Następnego popołudniu udaliśmy się nad jezioro gdzie pod wieczór co tydzień w soboty tańcowały łabędzie. Droga nie zmęczyła nas  wcale bo przebyliśmy ją  w lektykach niesionych przez byłych kołchoźników, którzy wybrali pańszczyznę w Obłomówce uciekając z kołchozu.

Było nas czterech: Gonczarow, Obłomow, ja i Wania. Ja z Wanią mieliśmy się ukryć w trzcinach i obserwować eksperyment. Gonczarow i Obłomow zaczęli przygotowywać się na przybycie łabędzi. Najpierw po kozacku wykapali się nago w beczcie dziegciu. Przed kąpielą swe kozackie godmisze przybrali w prezerwatywy z baranich kiszek (dbałość o środowisko, trzeba podpowiedzieć pomysł w Kraju).

Po kąpieli, pokryci grubą warstwą dziegciu zdjęli kondomy i rzucili je w poszycie leśne bez szkody dla środowiska. Godmisze na tle dziegciu stały się bielsze i jakby bardziej rzucające się w oczy. Potem weszli w ciepłą wodę płytkiego jeziora i brodząc po błotnistym dnie szukali odpowiedniej głębi. Wedle planu, bowiem głębia musi być w sam raz. Znalazłszy to, czego szukali, legli na dnie. Dzięki warstwie dziegciu stali się niewidzialni a gołe godmisze były, jako te kłącza albo robaki, jakie. Tylko nieznacznie wystające z wody bambusowe fajki, przez które oddychali znaczyły dla wtajemniczonych ich pozycję.

Reszty można się domyślić, bo nie idzie o jakąś pornografię w naturze, ale a prawdziwe polowanie. Dla nie domyślnych dziewic dodać nie zawadzi, że głębokość była ważna, bo jak wiadomo łabędzie nie nurkują tylko penetrują dziobem dno zostając na powierzchni. Długość szyi łabędzia była tu miarą. Jak by wybrać zupełną płyciznę to byle krzyżówka albo i gęś mogłaby pokusić się o przynętę. Na szczęście ptaki nurkujące tu nie występują. Jedyny problem to szczupaki, ale ekshibicjonizm zawsze związany był z ryzykiem.

         Zabawy z łabędziem

Nie czekaliśmy długo. Zaraz po zachodzie słońca usłyszeliśmy szum skrzydeł o potem na mętnej wodzie zaczęły siadać pojedyncze osobniki.

– Jakieś te łabędzie dziwne. – Pomyślałem.

Bo rzeczywiście, zamiast przylecieć w parach lub w stadzie, one przybywały pojedynczo z różnych stron. Tak jak konspiratorzy zbierają się na odprawę. Potem zebrały się w koło i zamiast tańcować po wodzie i zaczęły gęgać w kręgu. Łabędzie nieme, które gęgają?

Cień niebezpieczeństwa przemknął jak puchacz w nocnym powietrzu. Spojrzałem na jezioro oświetlone światłem księżyca przez celownik naszego podręcznego Maxima 1910.

Krąg łabędzi ominął pozycję Gonczarowa i zbliżał się do Obłomowa.

I wtedy stało się.

 Łabędź, który zdawał się przewodniczyć temu wodnemu sabatowi zanurzył szyję w wodzie. Znieruchomiał na chwilę. Potem nożyska ptasiora zaczęły konwulsyjnie wierzgać.

 Sekundy trwające zmaganie Dobra ze Złem przedłużało się w mojej wyobraźni w nieskończoność.

Nagle sterczący ku gwiaździstemu niebu zad łabędzi otworzył się na oścież.  Z szeroko otwartego odbytu jak dżinn w flaszki wyskoczył karzełek w pełnym umundurowaniu formacji Witaź. Spluwając obficie karzeł biegł w kierunku zarośniętego tajgą brzegowi jeziora. Za nim pobiegli zrzucając po drodze łabędzie pióra jego podkomendni, też karły.

Już miałem otworzyć ogień z Maxima, ale z dna powstali stając na linii ognia Gonczarow i Obłomow. Nie uciekli jednak Witazie daleko. Specjalna Kobieca Sotnia Bezpieczeństwa zaczajona w poszyciu wyłapał plugawców, co do jednego. Za chwilę dumne Kozaczki wyłoniły się z lasu niosąc specjalnych żołnierzy Federacji  na rękach tak jak dobre przedszkolanki noszą czasem wyczerpane spacerem Październiczki.

- W mundurach złapani, nie da się ich rozstrzelać. Diabły z Piekła rodem. Biesy obrzydłe. Nasz Raj infiltrują. Sto pasów na goły tyłek i do Putina odesłać.–  Rozkazał Gonczarow i strzelając upapranymi błotem i dziegciem piętami przedstawił się. – Naprawdę nazywam się Furmanow bardziej znany, jako Komisarz Furmanow od Czapajewa.

- A ja Anka Pulimiotczica. – Odezwał się Obłomow.

- To wy nasi? – Zapytałem. – Ja od dziecka chciałem żebyście byli nasi.

- No pewnie, że nasi. – Powiedział Wujaszek. - Ich pamiętniki czerwoni znaleźli i do swojej propagandy użyli. Rozkaz samego Stalina. On lubił czytać fikcję. Anka i Furmanow to bohaterowie Białej Gwardii.

Ucieszyłem się niezmiernie, ale pytająco popatrzyłem na gołą Ankę.

- Za kobietę się przebrałem, bo my z Furmanowem wiesz…W tamtych czasach to byłby wielki skandal.

- Jak to możliwe, że wy jeszcze żyjecie?

- A kto tu twierdzi, że żyjemy. – Zdziwił się Furmanow.

- To ty jeszcze nie się nie domyśliłeś  gdzie jesteś i po co? – Zapytał Wujaszek Wania. – Pamiętasz jak przybyliśmy do Kosza. Jak nagle stanęliśmy wśród gęstego, ciemnego lasu, z którego zdawało się, że niema wyjścia. To przecież prawie cytat. Aluzja przejrzysta nawet dla analfabety.

- No tak, teraz rozumiem. Powinienem był się od razu domyśleć. Choć to na pewno nie było  „ w połowie czasu”. Było grubo po połowie mojego czasu.

- A skąd wiesz?

- Jednak na Piekło to ten Kozacki Kosz nie wygląda.

-  Piekło to nuda, brud, smród, szarość i powszechne ubóstwo nawet dla bogatych. W Piekle już byłeś w Piekielnej Rzeczypospolitej Ludowej. Ja przyprowadziłem cię do Raju. Nie wiesz nawet, kto kazał cie tu przyprowadzić. To ona.– Wskazał na przeciwległy brzeg jeziora. – Zgadnij ilu Czekistów  ustrzeliła. Tego ostatniego, to za to że ją wykładami leninizmu na bezludnej wyspie zamęczał. Za Stalina,  w pierwszej wersji  filmu wszystko na opak pokazali. Potem nie było możliwości całkiem tego odkręcić.  Czeka na ciebie. No, nie Czeka, ona oczekuje. – Poprawił się zawstydzony.

 W letniej perkalowej sukience na drugim brzegu w świetle księżyca na który oni nie dolecieli stała Ona.

Izolda Izwickaja! Mariuta!

IZOLDA IZWICKAJA

 

01:05, edwarddana
Link Komentarze (75) »
poniedziałek, 09 listopada 2009

         Pierwszy wąs i pierwszy papieros

                                      Pierwszy wąs i pierwszy papieros

Zjazd Podhalan był latoś Nadzwyczajny i XLIV.

Na XLIV Zjazd przybył Mąż, co nie może być przypadkiem, bowiem napisano:

 Krew jego - dawne bohatery

A imię jego będzie czterdzieści i cztery.

Lech Kaczyński, ( bo o nim tu mowa) przybywszy ubogacił. Ubogacił nasz skarbiec pojęć prawnych. Czerpiąc sitem swego intelektu z niewyczerpanego stawu wyobraźni wyłowił i zagaił:

- Jako najwyższy przedstawiciel władzy świeckiej w Polsce

Kiedy tak zagaił w Ludźmierzu, Naszej Pani Konstytucji drzemiącej w swym saloniku na foteliku w Warszawie przyśniło się, że ją zgięło w pytajnik. Kiedy się zbudziła i przetarła oczy zobaczyła na dywaniku dużą zdziwioną kropkę.

Następie Lech Kaczyński śmiało bez zbędnych ceregieli, jako władza świecka wycenił osiągnięcia w pasieniu dusz. Odznaczył ks. Tadeusza Juchasa za osiągnięcia w pracy duszpasterskiej. Po tym, a może przed tym magicznym splątaniem sacrum z profanum powiedział:

 - Nie wszystko w Polsce dzieję się dobrze, ale nasz kraj trzyma się lepiej od wielu innych, bo rodziny mają mniej kredytów, a kościoły pozostają pełne - Tu uśmiechając się szeroko, rzec można szczeżujnie i powiódł wzrokiem po zebranych.

Potem się rozindyczył i dopiero jak się rozindyczył zauważył:

-  Musimy znać prawdę, nie możemy być manipulowani

- Prowde gada – przytaknął stary gazda z Illinois – Jak mnie brat rodzony, Staszek w buca zrobił to do dziś Głupi Józek mnie nazywają.

Anioły ludźmierskie wzniosły oczy ku niebu.

A potem były podworskie frykasy - kuleczki z mięsa gotowane na parze w rosole harnasiowym z imbirem i talarki cielęce w sosie naturalnym.

Podano mu bukiet z jarzyn, a ziemniaki zarumieniły się w piecu.

Na koniec czekała na niego gorąca Słodka Hanka.

Każdą łyżkę rosołu każda kupkę musu z łososia znikającą w niewąskich jakby stworzonych do uśmiechu ustach śledziło 570 gości i 70 BOR –owców. Słodką Hankę też wziął na oczach wszystkich.

Nie ma strachu. Na rosół, łososia i Prezydenta, czekała tylko im przeznaczona toaleta, a przybyły  -było nie było - z Warszawy lekarz sprawdził pochodzenie i łososia, i rosołu i higienę Słodkiej Hanki.

Nie znam się zresztą na fizjologii.

Może Prezydent zabierze wszystko do Warszawy?

             Uczesany

                                                                                A Słodką Hankę biorę do Warszawy

------------------------------------------------------------------

Sieciografia:

http://www.rp.pl/artykul/389363_Prezydent_gosci_na_Podhalu.html

http://www.podhale24.pl/drukuj,1,8404.html

http://www.skalnydworek.pl/galeria_skalny_dworek

 

11:23, edwarddana
Link Komentarze (70) »
sobota, 07 listopada 2009

    Niech sczezną artyści

Motto I:

http://wyborcza.pl/1,75475,7226314,Balcerowicz__uwolnic_kulture.html?as=1&ias=2&startsz=x

Leszek Balcerowicz

Motto II:

Uczeń

Czy trzeba wypowiadać się o wszystkim?

Guru

Nie.

Uczeń

Ale można?

Guru

Można.

----------------------------------

Nie mam pojęcia jak obecnie finansowana jest przez państwo i samorządy kultura w Polsce. Nie wiem, o jakiego rzędu kwoty idzie. Nie mogę też nie mieszkając w Polsce, nawet gdybym chciał, być konsumentem instytucjonalnej kultury. Bywam w Polsce albo „szybko”, albo nie w porę. Oczywiście idzie tu o teatr, operę, muzykę koncertową i polski film. Konsumuję umiarkowanie literaturę, produkt wydawców. Jestem zadowolony, choć też nie mam pojęcia czy i jak jest to dofinansowane z podatków.

Trudno mi, zatem wypowiadać się czy za dużo w tym podatnika, czy za mało. Jednak generalnie uważam, że powinno być tego podatnika jak najmniej. Może wynika to z tego, iż nie wyobrażam sobie siebie, wbitego w odpowiednią odzież, udającego się do Świątyni Sztuki czy nawet tej Sztuki Kapliczki.

Dla mnie ta forma obrzędowości społecznej umarła. Pisząc szczerze to dla mnie teatrów narodowych i miejskich, oper, filharmonii mogłoby nie być, jeśli nie mają one bogatej finansującej je widowni czy bogatych mecenasów prywatnych.

Cyrk to i owszem!

Czy w Polsce sztuka cyrkowa jest dofinansowywana? Wirtuoza trapezu i geniusza iluzji stawiam o wiele wyżej w mojej hierarchii niż wirtuoza smyczka, bębna i kamery. Oczywiście nie przeszkadzałoby mi zupełnie gdyby mistrz trapezu w czas występu wygłaszał kwestie Konrada. Dawałoby to trapezowi jakby dodatkowy wymiar, iluzję głębi.

Gdyby jeszcze za Monologantem latał sufler z egzemplarzem przed nosem to:

Ho, ho - brawoo.

Taki cyrk sponsorowałbym dobrowolnie w miarę posiadanych pieniędzy.

Czy jednak mając opisane powyżej gusta mam się buntować, że jakaś część pieniędzy (zapewne znikoma) z moich podatków płaconych w kraju opodatkowania „idzie” na świątynie sztuki i tej sztuki rytuały?

Chyba nie. Bunt wymaga wysiłku, przynajmniej myślowego a sprawa wydaje mi się marginalna. Poza tym syty artysta jest jak syty bezrobotny, nie zagraża porządkowi społecznemu, a ten porządek bardzo sobie - przynajmniej od 1989 - cenię.  

          cyrk

http://chomikuj.pl/lilik1/Teatr+TV/Niech+szczezn*c4*85+arty*c5*9bci+T.+Kantor

Do Niech sczezną artyści.

--------------------------------------------- 

11:05, edwarddana
Link Komentarze (43) »
czwartek, 05 listopada 2009

       Jama Michalika

Link do notki Torlina:

http://torlin.wordpress.com/2009/11/04/gdzie-sa-blogi-z-tamtych-lat/#comments

Postanowiłem po raz drugi pożerować na Torlinie (po starej znajomości). Nie daję tego, jako komentarza w jego, blogu ale jako notkę u siebie, dlatego że wypowiedz ta jest osobistą spowiedzią, wyznaniem grzechu, jakim, moim zdaniem, jest wypowiadanie się na piśmie, jeśli jednocześnie nie wierzy się, że ma się coś istotnego do DODANIA.

Zwykłe przejrzenie prasy codziennej i katalogu gminnej biblioteki powinno człowieka myślącego powstrzymać przed popełnieniem grzechu pychy, jaką jest ogłaszanie przed światem swoich myśli i pomysłów zwłaszcza, kiedy się wie, że te myśli nie nowe.

----------------------------------------------------------------------

Szacowny Torlinie

 Nie popadaj w sentymentalizm. Roślinność i Nicki wokół Ciebie zawsze się zmieniały, i będą się zmieniać niezależnie, co byś zrobił jakkolwiek nawoził ogród i jakkolwiek dbał o czytelnika i komentatora. Twoja dbałość o uczestników jest godna podziwu. Wyobrażam sobie, że to niełatwe zwłaszcza, że jak piszesz intensywnie pracujesz.

Ja, który mam nadmiar wolnego czasu mam z tym ogromne trudności. Nawet nie próbuję pisać pod czytelników, bo nie potrafię domyślić się ich zainteresowań i upodobań chyba, że wyrażonych wprost.

Nie wiem czy kiedykolwiek zajmowałeś się profesjonalnie regularnym pisaniem dla czytelników. Mnie się to przez niedługi czas zdarzyło w sympatycznym otoczeniu urodziwych korektorek. To była jednak męka. Na całe szczęście zostałem z tego wyzwolony można rzec militarnie. Tamten okres pozostawił mi tak silny uraz, że przez więcej niż lat dwadzieścia nie wypisałem więcej niż kilkanaście zdań po Polsku. Zamiast listów do rodziny i przyjaciół wysyłałem do Polski tasiemki z nagranym komunikatem.

Zajmowałem się też dawno, dawno temu, dla zarobku w Polsce pisywaniem prac magisterskich i podobnych. To jednak było, co innego. Był określony temat, przekazanie pośrednio „wytyczne” promotora, a u końca drogi czekała nagroda wyrażona w konkretnej wartości. Do tego dochodziła nie banalna satysfakcja ze współudziału w pomnożeniu ówczesnej klasy herbowej Polaków. Nawiasem mówiąc to był interesujący świat - prawie profesjonalni magistranci i ich klientela. To było by warte opisania dla potomnych, jako przyczynek do historii kultury Polskiej. Oczywiście bez nazwisk klientów, ale jako dokument obyczajowości. Liber Chamorum i zarazem Księga Łotrzykowska PRL. Może to zrobię przy okazji. Jak na razie nie spotkałem obszerniejszego tekstu na ten temat.

W sumie wypowiadanie siebie na piśmie nigdy nie było moją mocną stroną ani przedmiotem ambicji.

Dlaczego więc dziś bawię się w wypowiadanie nie mając nic do DODANIA?

Po pierwsze, aby wypełnić czas.

Po drugie by porządkować to, co ewentualnie przepuszczam przez mózg. Zobaczyć siebie w sformułowanym tekście to trochę tak jak zajrzeć do lustra. Ważnym jest także, jeśli ktoś na ten obraz w lustrze zareaguje skoryguje moje widzenie lub je potwierdzi.

Dlaczego w odrębnym osobistym blogu?

Odruchowo traktuję blogi, jako rodzaj klubu, w którym obecność zmusza do akceptacji innych uczestników. Oczywiści jest to wyobrażenie równie fałszywe jak i nie do odparcia dla mnie.

 Po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że nie ma powodu katować się dobrowolnie współudziałem w klubie, w którym oprócz sympatycznych mi Nicków, (z którymi nie muszę się zgadzać) uczestniczą także Nicki, które są mi wstrętne kulturowo i są pisane przez autorów, z którymi nie mając w tym materialnego interesu niechętnie przebywałbym w jednym pomieszczeniu.

Widocznie nie nabyłem jeszcze umiejętności rozróżniania przestrzeni wirtualnej od rzeczywistej.

Blogi - kluby innych osób nie są prowadzone dla mnie. Każdy Gospodarz blogu na swoja rękę reguluje uczestnictwo. Uważam, że jeśli ktoś, jak ja, nie akceptuje pewnej części członków klubu powinien się z tego klubu wypisać. Nie idzie tu o zgodność czy nie zgodność poglądów. Są np. w blogu Kuczyńskiego, który jest jednym z dwu blogów, które regularnie czytam, czy w blogu Szostkiewicza, w którym się kiedyś poznaliśmy, Nicki o zupełnie innej orientacji, które jednak akceptuję.

Zakładając swój blog uzyskałem możliwość selekcji albo bezpośredniej przez usuniecie albo pośredniej przez okazanie nieakceptacji. Przecież nie idzie o tłok w klubie lub fałszywe wyobrażenie, iż mam coś ważnego do powiedzenia. Idzie obok lusterka o ewentualną wspólna zabawę. Konwencja zabawy wymaga akceptacji partnera.

Myślę Torlinie, że przyczyną Twojego kryzysu jest przepracowanie. To minie tak czy inaczej. Twoja dbałość o czytelników mówi mi ze masz także poczucie, iż ciążą na Tobie obowiązki zabawiania nas. Baw się z nami jak najdłużej, ale jeśli poczujesz, że to już nie zabawa a służba to przestań. Byłby z tego u mnie żal, ale ileż to miejsc, knajp, seminariów i klubów, w których bywałem zniknęło lub zmieniło się nie o poznania.  

Pozdrawiam.

    Piwnica

                                    Tu się już nie bywa. To dla turystów.

08:43, edwarddana
Link Komentarze (48) »
wtorek, 03 listopada 2009

                              Kaczyński i dziewczynka

        Kaczyński i dziewczynka

           

                                          Meduza        

                           Meduza

                                                

                   

                                                         Sublimacja

        Sublimacja

.....................................................................................................................................................................

Inspiracją był apolityczny blog Torlina

http://torlin.wordpress.com/2009/10/25/zagadka-malarska-nr-27/

12:11, edwarddana
Link Komentarze (24) »
niedziela, 01 listopada 2009

    

  świaczka 

Nie dam rady ich policzyć, ale chyba większość z tych, których kiedyś znałem, słuchałem, dotykałem i których zapach czułem, już nie żyje.

W gruncie rzeczy jestem dla nich wszystkich tymczasowym grobem, a przynajmniej chwilową urną tego, co mi zostawili w pamięci. Nawet nie muszę zapalać świeczki. Sam przecież palę się powoli, także dla nich. Palą się także zwolna w podczerwieni widoki , które opuścili.

Jak widzieliby moi zmarli gdyby możność widzenia była im dana? Co zobaczyli by gdyby zechcieli nasz świat, nas  i mnie oglądać?

 Może tak:

   Park

Chyba nie tak. Zobaczymy jak.

00:07, edwarddana
Link Komentarze (31) »
sobota, 31 października 2009

W pewnym kraju, żył był władca Wielki Suwerenny Pan zwany Senior i jego poddani. Trzeba podkreślić że to kraj  typowo Europejski i wyzwolenie świętuje co roku w maju. nie dawno oparł się agresji z kontekstem jądrowym w tle.

     Wielki Suwerenny Pan

 Senior był to Pan dobry i niewymagający, a nawet oświecony. Prawo krajowe było szanowane a siły policyjne symboliczne.

Panu przysługiwało prawo pierwszej nocy a mężom prawo obicia żony kijem pod warunkiem, że kij nie był grubszy niż grubość małego palca bijającego. Grubszego kija mógł używać tylko Senior. Nie udało się nawet Wujaszkowi Wani ustalić czy prawo Seniora do grubszego kija dotyczyło jego ślubnej czy też rozciągało się na każdą żonę w kraju.

W kraju niewolno było używać innych pojazdów niż konne, ale że Senior był oświecony i ziemię można było uprawiać traktorem.  Helikoptery i samoloty w obszarze powietrznym też były wzbronione.

Wartości tradycyjne, a może i chrześcijańskie były szanowane, a poddani i Senior byli czasem szczęśliwi, a czasem nieszczęśliwi.

Tak było do czasu, kiedy w kraju pojawili się Bliźniacy ( 1*). Zaczęli intrygować, szczuć nie tylko człowieka na człowieka, a nawet żonę na męża. Odwołali się przy tym do czynników obcych, zewnętrznych.

 Nic nie pomogły protesty i jeremiady. Zaczęło się:  ankiety, sondaże, miraże, inwestycje i petycje.

Nadszedł  anszlus i szlus. Obca Tajna Rada zaakceptowała reformy. Dostosowano prawo do wymogów Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

A Bliźniacy?

Przegrali!!!

W wyborach rozpisanych wedle nowych reguł zwyciężyli zwolennicy Seniora. Nawet bliska przyjaźń z kardynałem (2*) nie pomogła Bliźniakom.

Tyle o Bliźniakach co chcieli ukraść  Sark (3*).

1* http://en.wikipedia.org/wiki/David_and_Frederick_Barclay#Newspaper_ownership

Dla Zdzisława po francusku

http://fr.wikipedia.org/wiki/David_et_Frederick_Barclay 

2* http://pl.wikipedia.org/wiki/Cormac_Murphy-O%27Connor

3*http://pl.wikipedia.org/wiki/Sark

 

11:01, edwarddana
Link Komentarze (9) »
wtorek, 27 października 2009

      Lecimy

Na początek zastrzeżenie:

Nic lepszego niż demokracja i wolny rynek nie udało się nam do tej pory wymyślić

Najpierw przypomnienie banału. W wolnorynkowych demokracjach (są inne?) Suwerenem są obywatele konsumenci. To oni decydują, o jakości elit władzy, jakości usług i towarów. Oni grupowo, na co dzień oceniają i wybierają. Wybierają głosując i kupując oceniają dając zmierzyć swoje opinie i stosunek do wartości. Elity polityczne i towary poddawane są permanentnej afirmacji i permanentnej masakrze.

Władza obywatelsko konsumenckiego Suwerena jest władzą absolutną. Nie dzieli się on na części trzy czy cztery. On zbiorowo codziennie osądza, stanowi reguły, wykonuje. Jest ten Suweren nieomal idealnie zabezpieczony przed odpowiedzialnością. Deleguje z siebie elity i indywidua, które biorą na siebie całą odpowiedzialność za błędy Suwerena, za jego ewentualną zbiorową głupotę i kiepskość.

Stajemy wobec paradoksu. Nikt przy rozumie nie może powiedzieć, że  decyzje Suwerena podjęte w wyniku czynności statystycznych takich jak wybory, badanie i realizacja popytu, sondaże, prowadzą do dzialań optymalnych, a jednak w imię zachowania porządku społecznego akceptujemy je.

Krytyka i osądy kierowane są przeciw wybrańcom wyłonionym „przez” i „z” Suwerena. Egzekucji praw Suwerena dokonują media zależne całkowicie od Suwerena tak  jak zależnym jest producent od konsumenta.

 Dotyczy to nie tylko mediów prywatnych. Zależność mediów publicznych jest równie wielka, bo jeśli nie odpowiadają gustom Suwerena obejmą swym oddziaływaniem grupy nieliczne, grupy bez statystycznego wpływu.

 Od Suwerena zależna jest także nauka. To rynek i demokracja rozstrzyga ostatecznie o finansowaniu projektów i ich wdrażaniu, to popyt rozstrzyga o możliwości rozpowszechnienia ocen i analiz dotyczących Suwerena, jego jakości i natury.

Zresztą ten Suweren, pod którego panowaniem żyjemy może sobie pozwolić i pozwala na kierowanie przeciw niemu najostrzejszych oskarżeń i ocen. Suweren jest jak mgła, jak chmura, albo jak stado ptaków.

Jest  jakby wzięty od Arystofanesa Chmurny Kukułczyn.

Żaden kamień żadna strzała go nie dotknie, a jeśli ktoś zostanie ugodzony to jakaś pojedyncza „Cząsteczka elementarna”. Jest to, bowiem Suweren bezosobowy jak stado ludzi ptaków, którego podstawowe osobowe elementy posiadają mechanizm delegowania „win” na „sąsiada w chmurze” i, przede wszystkim, na elity nazywane przez polską wersję motłochu „elytami”.

Sytuacja wybrańców i elit wyłonionych z Suwerena jest sytuacją Sezonowego Króla, Króla niezbędnego dla przetrwania, a pod koniec sezonu szlachtowanego w rytuale oczyszczenia i odnowy.

Nikt nie może powiedzieć, że od czasów relacjonowanych, lub może wydumanych, przez Frazera nie nastąpił postęp. Szlachtowanie już nie jest dosłowne. "Plemię” trwa.

Czy nasz Suweren jest jednak rzeczywiście niedotykalnym?

Czy powtarzanie klasycznego pytania Gogola:

 "Z kogo się śmiejecie?" -  może odnieść jakiś skutek?

Nie wiem, ale podobają mi się takie niewiele znaczące prowokacje jak prowokacja Gazety Wyborczej:

Szybki Magister

http://wyborcza.pl/8,75402,7176992.html

Wiem to drobna szpileczka wobec niezwykłej pychy i rzeczywistych uprawnień Kukułczyna Chmurnego. To malutka próba zdemaskowania Układu i Zmowy, jakim jest wolne i realizujące swe polityczne prawa społeczeństwo. Ta prowokacja to tylko takie małe lusterko podsunięte każdemu z nas. Pisząc „z nas” wiem ze ryzykuję, bo każdy inna osobowa elementarna cząsteczka chmury może się z wstrętem odsunąć w mgławicę demokratycznej nieodpowiedzialności: „Ja płace podatki, nie oszukuję, nie korzystam z protekcji a poza tym to wszyscy są kurwy tylko ja i mama nie” - powie jeden z drugim.

Może więcej takich prowokacji?

Więcej lusterek pokazujących wściekłe nienawistnie wykrzywiające się ku elitom mordy zwykłych drobnych oszustów, złodziejaszków, głupców i zawistników -  lusterek pokazujących mordy z metra, z autobusu, z ulicy.

Może wtedy, przynajmniej w jakimś stopniu zabezpieczymy demokrację przed takimi politykami jak Kaczyńscy.

Nie, nie jesteśmy wyjątkowi. Kukułczyn to każda demokracja i każdej potrzeba kogoś lub czegoś co zakłuci choć odrobinę pewność Suwerena, pewność że jego permanentne niezadowolenie zawsze jest twórcze.

I jeszcze raz:

Nic lepszego niż demokracja i wolny rynek nie udało się nam do tej pory wymyślić.

     Gwarzymy

 

12:03, edwarddana
Link Komentarze (72) »
niedziela, 25 października 2009

Motto:

Komentarz do widomości o uzgodnieniu składu Niemieckiego rządu. Tekst prawdopodobnie satyryczny znaleziony w forum Gazety Wyborczej.

http://forum.gazeta.pl/forum/w,904,102048767.html

 Autor: waldi.2 25.10.09, 07:24

Ja bym raczej powiedział, że pani dr Angela Merkel nie skompletowała swój rząd a raczej po swojemu ustawiła. I tak pomału ale konsekwentnie narodziła się nam następna niemiecka kanclerz do której kiedyś przylegnie przydomek,- "żelazna" tak jak do Bismarcka. Tylko w odróżnieniu od tego ostatniego, w polityce wewnętrznej Niemiec a nie zewnętrznej.

Zadanie przed panią kanclerz ogromne. Republika Federalna Niemiec w ostatnich latach niesłychanie podupadła a wręcz zdziadziała. Rozjechała się Republika jak nogi łyżwiarki figurowej na lodzie. Sami Niemcy rozmamłali się i rozwydrzyli do granic nadludzkiej wytrzymałości. Jęczą, skamlą, narzekają i czekają na lepsze czasy, sami nic nie robiąc. Wieloletnia kultura polityczna państwa rynkowo-socjalnego "wali się jak Berlin w 45r".

Ale przełomu i rewolucji nie będzie! Bo jak Lenin już zauważył, "Niemcy żeby zdobyć dworzec kolejowy musieliby najpierw wykupić bilety peronowe" inaczej się nie ruszą. W dzisiejszych Niemczech, w którą stronę by nie popatrzył, której dziedzinie życia państwowego się nie przyjrzał,- to "stalingradzkie pobojowisko" jak tu niektórzy sami Niemcy już powiadają. Untergang (upadek) kompletny.

Gospodarka leży. Oświata i zdrowie kuleją, i to coraz mocniej. Bezpieczeństwo wewnętrzne państwa w najwyższym stopniu zagrożone. Transport (szczególnie kolej) całkowicie niewydolny i rozprzężony. Autostrady dziurawe, mosty na nich się chwieją jak stare kładki. Nawet ponad 150-letni kamienny mostek na drodze krajowej łączącą moja wieś Reinhardshagen z powiatowym Kassel w ostatnim tygodniu zaczął się po prostu walić. Zwęzili na nim jezdnię bocznymi barierami i postawili znak 30km i napisy,- "Uwaga! walący się most" Nadejdą lepsze czasy, to go chyba wyremontują?

Obrona państwa niemieckiego tzn. Bundeswehra też się sypie a raczej rdzewieje. Afganistan już jest narodowym koszmarem, coraz więcej trumien z młodymi Niemcami stamtąd powraca. Policja niemiecka,- kiedyś europejski wzór profesjonalności, kompetencji i wysokiej kultury osobistej funkcjonariuszy, też coraz bardziej imobilna, sfrustrowana i zwyczajnie po ludzku leniwa.

Poważne odłamy społeczeństwa niemieckiego a już w szczególności młodzież, spożywają coraz więcej alkoholu i środków odurzającyh. Rodzice i szkoła już dawno nie są żadnymi autoretytami. Administracja samorządowa, terytorialna i federalna też już leży przywalona własnym ciężarem. Skostnienie biurokratyczne obecnego państwa niemieckiego przypomina żywo stan przed I-szą wojną światową.

W takich (wg. mnie) obecnie powstałych okolicznościach i warunkach wewnętrznych Republiki Federalnej Niemiec pani dr Angela Merkel zaczyna swoją drugą kadencję kanclerz federalnej. Powiedzieć,- że Jej bedzie niełatwo to wyświechtany slogan. Pani Merkel i Jej koalicyjnemu rządowi będzie bardzo ale to bardzo ciężko. Tylko dzięki nadzwyczajnie sprzyjającym-graniczącym z cudem okolicznościach uda się przetrwać te następne cztery lata. Niemiecki sagan jest już rozpalony do czerwoności, ( i to tej dosłownej) mała kropla zimnej wody spowoduje jego natychmiastowe i dramatyczne unicestwienie. Jestem już prawie 11 lat nocnym taksówkarzem w Kassel. Prawie z każdym moim pasażerem prowadzę ożywioną dyskusję. Już kiedyś nasz niezapomniany papież Jan Paweł II zauważył że taksówkarze są dobrze poinformowaną grupą zawodową.

Zyczę pani kanclerz federalnej dużo dobrego, jak najlepiej tylko potrafię. W ostatnich wyborach do Bundestagu oddałem na Nią swój głos. Ufam że starczy Jej sił i wytrwałości.

Władysław Wierszko vel Wladislav

Wierschko-Niemcy.25.10.2009r.

Proszę zwrócić uwagę, że mimo wszystko tekst kończy się prawie optymistycznie. Gdyby tak u Was…:D


Brak mi trochę energii by wpisać nowy wpis. Może to wynika z przeżytego zawodu. Może liczyłem podświadomie, że nadęte „afery” i atak PiS nie okażą się tak szybko parą bzdur, która pójdzie w gwizdek by nie określić tego dosadniej. W każdym razie wiatry osłabły.

"...Ogary poszły w las. Echo ich grania słabło coraz bardziej, aż utonęło w milczeniu leśnym"

      Ogar. Dobry, bo polski.

To, co mnie z całej „afery” uderzyło najbardziej to nie prymitywizm kulturowy Chlebowskiego. Jest taki jak znaczna część nas wszystkich, czyli wyborców. Cudów nie ma. Uderzyła mnie za to niezwykła bezczelność i arogancja urzędnika konstytucyjnie podporządkowanego premierowi w stosunku do zaakceptowanego zwierzchnika. Kamiński pozostał na stanowisku dobrowolnie. Bezczelność ta spotkała się z pełną i otwartą aprobatą urzędującego prezydenta. Po raz kolejny Lech Kaczyński podważa tak ponoć ceniony przez niego autorytet państwa. To nie jest spór kompetencyjny, jaki ma miejsce pomiędzy prezydentem a premierem. To bezpośrednia zachęta do intryg przeciw rządowi ze strony personelu urzędniczego, zachęta dokonana ponad głową premiera.

Kakaizmu (mowy nocnego taksówkarza) nie wolno traktować jak niezbędnej dla demokracji krytyki, jako opozycyjnego dyskursu. To chora mowa, mowa destrukcyjna dla samej idei demokracji, mowa budząca tęsknoty za nierealnym światem prostych interpretacji i rozwiązań. To mowa prowadząca do akceptacji drogi na skróty, to język pogardy dla procedur i sensu demokratycznego działania. To wielka insynuacja.

Wydaje się jednak, że kakaizm (cwana myśl i praktyka polityczna reprezentowana przez Braci) już nie odpowiada fazie rozwojowej społeczeństwa. To społeczeństwo mieszczanieje w sensie pozytywnym. Obce wydaja się być Polakom hasła radykalne i przedramatyzowane opisy rzeczywistości. Oczywiście, jeśli czyta się biegunkę blogową to nadal dominuje nurt (chciałoby się napisać "mainstream" blogowy) krwawej piany i pieniactwa. Wynika to jednak raczej z tego, że blogojący to grupa nietypowa psychospołecznie. Najbliższa jest ona chyba mentalności nocnych taksówkarzy, takich którzy nie potrafią komukolwiek życzyć dobrze. Oczywiście statystycznie, bo niewątpliwie zdarzają się wśród nas ludzie zwykli by nie powiedzieć normalni.

                   Taxi Driver, film 1976

15:04, edwarddana
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3