|
piątek, 20 stycznia 2012
czwartek, 12 stycznia 2012
Edwin Bendyk postanowił przypomnieć czytelnikom Polityki już trochę zapomniany pamflet Sokala i Bricmonta Modne bzdury. Boże to już tyle lat! Zręczny ten tekst Bendyka. Przy pomocy dr Andrzeja W. Nowaka z Poznania prezentuje w nim Redaktor myśl zasadniczą i myśli uboczne jednego z bohaterów Modnych bzdur Bruno Latoura z paryskiego IEP (marzyło się kiedyś człowiekowi by tam studiować). W streszczeniu dokonanym przez Redaktora i skonsultowanym z Doktorem teoria Latoura nabiera ciała. Nierozcieńczona w erudycyjnej lanej wodzie smakuje jak lane kluski z ciepłym mlekiem. Ech Profesor IEP! Smaczne jest szczególnie, kiedy czytamy jak to Latour: Uzbrojony w oręż antropologa udał się na badania terenowe do laboratorium neuroendokrynologicznego w prestiżowym Instytucie Salka w Kalifornii. Tam zmagając się z wniesiona na teren laboratorium skrzynka narzędziową antropologa odkrywa: rzeczywista praca uczonego niewiele ma wspólnego ze ścisłymi i powtarzalnymi procedurami. Bardziej polega ona na walce ze sprzętem laboratoryjnym i nieustannych decyzjach, które wyniki obserwacji należy uznać za ważne, a które odrzucić, bo nie pasują do konstruowanej, naukowej wizji rzeczywistości. Ze skonstruowanej przez Latoura wizji rzeczywistości wynikają oczywiście konsekwencje polityczne. Demokracja, w której nie tylko dzieci i ryby nie mają głosu, ale co gorsza głosu tego pozbawione jest Niebo Gwiaździste i mikroby, w której milczy woda nabrana w usta, nie wypowiada się grom z jasnego nieba, taka demokracja jest demokracją kaleką. Profesor z IEP znalazł jednak rozwiązanie. W debacie politycznej w imieniu Nieba wypowie się astronom, za wodę da głos hydrolog a za grom profesor Gromski. Zaś za astronoma, hydrologa i Gromskiego wypowie się sam Latour. Zawsze fascynowały mnie postacie Jakuba Franka i Towiańskiego. Czytam wszystko o nich, co mi w ręce wpadnie. Męczy mnie przy tym pytanie: Wyznawcy ci to własnych teorii czy hochsztaplerzy? Wiem, że to pytanie bez sensu. Nikt już na nie odpowie. Szkoda, że nie mogę już osobiście wziąć ich na męki i przesłuchać. Może bym coś z ich zeznań wyrozumował przy pomocy sprzętu z inkwizycyjnej skrzynki narzędziowej? Nic z tego. Za późno. Lecę jednak jutro do Paryża. Poszukam Latoura, pozmagam się z narzędziami a potem opiszę konstrukcję, co mi spotkania z Profesorem wyrosła. http://www.polityka.pl/nauka/czlowiek/1522923,1,czy-spoleczenstwo-to-fikcja.read
czwartek, 29 grudnia 2011
Łacińskie C pokonało K niemiecką literę. Podobno C będzie w przeciwieństwie do K propagować naukę Polską. http://www.rp.pl/artykul/23,782802-Kopernik-pozostaje-Polakiem.html Dziwnym wydaje się fakt, iż opinia publiczna nie miała okazji śledzić i towarzyszyć walce naszego lobby z ich lobby. Było by napięcie i zainteresowanie. Zmarnowana okazja. Może zresztą przegapiłem sprawę powierzchownie śledząc media? W każdym razie przynajmniej jedna zagadkowa przygoda, która spotkała mnie w Kraju została wyjaśniona. Otóż na jakimś zakropionym alkoholem spotkaniu w Aninie pewien Docent i biznesmen znany w towarzystwie z fundowanych licznym studentkom stypendiów nieźle już nawalony wskazując na młódkę w czerwonym uwijającą się wśród rozochoconych gości powiedział ku mnie: "Choć przedstawię cię mojej curvie". "curvie" wymówił tak jak tu napisano. Słysząc C a nie widząc u zdziwiłem się i nową wiedzą o potomstwie znajomego jak augmentativum podnoszącym córeczkę w powadze tak jak np. żabisko podnosi niepoważną żabcię: "Nie wiedziałem, że masz córkę?" Poczerwieniał i warknął: "Cham". Potem oddalił się jak dotychczas na zawsze. Teraz wiem, że sprawa dotyczyła nie jakiejś tam prywaty, ale promocji nauki wśród młodych adeptek. Szkoda mi trochę utraty znajomka. Miewał kiedyś dobre pomysły. Jeszcze, jako student wywiódł, iż nazwisko astronoma wcale nie wywodzi się od miedzi (cuprum), ale od naszych rodzimych koperczaków w które musiał uderzać ojciec astronoma Mikołaj Starszy nim spłodził Młodszego.
wtorek, 20 grudnia 2011
Czy stary żołnierz musi opowiadać banialuki? Stanowczo nie musi. Są wiarusi nawet bardzo wiekowi, którzy nie bredzą, nie kręcą, nie koloryzują, Bywają też wiarusi inni. Waldemar Skrzypczak generał broni nie zdzierżył w stanie spoczynku i bez rezerwy udzielił wywiadu dla czasopisma Przegląd. http://www.przeglad-tygodnik.pl/pl/artykul/bylem-tym-czolgu Czytelnik dowiaduje się z wywiadu, że 13 grudnia 1981 od godz. 7: 00 generał wtedy młody oficer był w czołgu. Ta informacja nie budzi wątpliwości. Gdyby tak nie było generał na pewno nie omieszkałby powiedzieć prawdy. Skąd ta wiara w słowa generalskie? A no z stąd: http://pl.wikipedia.org/wiki/Waldemar_Skrzypczak#Ojciec Z niezakwestionowanego przez generała hasła w Wiki wiemy, że ojca generała - w 1970 też zawodowego oficera - nie było w okolicy stacji Gdynia-Stocznia, kiedy jego 32 Pułk Zmechanizowany strzelał do stoczniowców. Kapryśny los służbowy rzucił go na stanowisko dowodzenia pułku. Akceptując tyłową pozycję ojca w tak ważnym historycznie monecie dziejów Ludowego Wojska Polskiego generał daje świadectwo szczerości. Otrzymujemy pośrednio postawę do przypuszczenia, że generał także na swój temat opowiada prawdę. Więcej na temat LWP w Gdańsku 1970 nie na się, co tu rozwodzić. Jak wyczytałem niedawno u pewnego publicysty wtedy, w 1970, strzelał Władysław Gomułka. Wojska Polskiego i jego korpusu oficerskiego nie ma co w to mieszać. Ile to lat miał generał Skrzypczak w 1970? Pewnie 14. W jakich historiach i opowieściach dojrzewał? Jak się dowiaduję czytał wiele. Jego lektura to: Kraszewski, Gąsiorowski, Zofii Kossak-Szczucka. Banialuki? No nie tylko. Był też Tarle. Co słyszał w domu? Nie udało mi się o tym nigdzie przeczytać, choć generał wywiadów nie skąpi. Domyślać się nie mogę, bo nie mam zielonego pojęcia, o czym w rodzinach oficerskich za PRL rozmawiano. W każdym razie w 6 lat potem był już elewem Wyższej Szkoły Wojsk Pancernych w Poznaniu. Ojciec generała był jak wyczytałem przeciwny wyborowi, jakiego dokonał syn. Jako piechociarz nie widział syna w roli czołgisty. Zmechanizowany twardziel można powiedzieć. To nawet sympatyczne, ta lojalność wobec rodzaju broni - "jakbyśmy żyli w Europie, jakbyśmy żyli w Portugalii"(z Sentymentalna panna S. Janek Kelus). Ale wracajmy do czołgu, w którym siedzi młody podporucznik dziedzic wojskowych tradycji silniejszych niż zawirowania historii. Czego obawiał się i co czuł podporucznik? Ciężko było. Zimno i o prawdę trudno. Oficerowie polityczni przepadli bez wieści. Nie widziałem żadnego oficera politycznego przez kwartał. Nie mniej jednak młodzi oficerowie podejmują samodzielny wysiłek umysłowy i... Świadomość stanu wojennego budziła obawy, że to może wywołać interwencję, wzorem roku 1956 na Węgrzech czy 1968 w Czechosłowacji. Przyznać trzeba, że to wypowiedz wysoce niejasna. Ale nie narzekajmy zbytnio. Pogrążony w tajemnicach wojskowych dowódca wysokiego szczebla ma prawo wyrażać się niejasno. Uśmiechnijmy się i oświećmy bielą naszych zębów niejasność generalską. Albo, więc wedle generała zagrożenie interwencją sowiecką było skutkiem ogłoszenia Stanu Wojennego, albo wynikiem świadomości młodych oficerów? Ciekawe to możliwości. O Solidarności, jako przyczynie nie ma mowy. Roboczo wybieram tę drugą możliwość. Zagrożenie interwencją Sowiecką spowodowane było taką a nie inna świadomością młodych oficerów. Jakimż ryzykantem musiał się im wydawać Wojciech Jaruzelski, kiedy zaatakował ich niewinną świadomość Stanem Wojennym. Toż to była szarża przez wertepy. Kozietulski! Nasza Polska garnizonowa kozula na biegunach. Zaimponował Generał J. czytelnikom Gąsiorowskiego i - dodajmy szczerze - widzom Czterech Pancernych. Gdyby Ruskie wystąpili przeciwko Generałowi i świadomości podporuczników młodzieńcy zamiast dotrzymać Przysięgi i - stać nieugięcie na straży pokoju w braterskim przymierzu z Armią Radziecką i innymi sojuszniczymi armiami - odpalili by z grubej rury salwę w kierunku bratnich jednostek. Ale żarty na bok. W to, że młodzi oficerowie chcieli bronić byle czego nie uwierzę. Oni nie chcieli bronić swojej świadomości, ale Stanu Wojennego samego w sobie. Generał pamięta: Myśleliśmy, że na drodze możemy spotkać raczej Rosjan niż protestujących. Że może się wydarzyć coś, co może kosztować nasze życie. Co prawda nie wiemy i nie dowiemy się od Generała skąd wzięła się u młodych oficerów wiedza o tym, że Rosjanie nie chcą Stanu i że chcą bronić Solidarności przed juntą. Należy się chyba domyślać, że już wtedy zrozumieli, że Solidarność to efekt prowokacji KGB, która w porozumieniu z Papieżem i Reaganem, jako siła wroga wobec Paktu Warszawskiego i samego CCCP dąży do Okrągłego Stołu z Gorbaczowem na czele. Czyżby złamali już wtedy najbardziej tajny szyfr historii? Jak było tak było, ale za wiaduktem w Pruszczu Gdańskim mógł czaić się Sowiet, którego oczywiście dzielni wojacy zmietliby z pola jak załoga Rudego zmiatała całe dywizje pancerne faszystowskich statystów. Myśmy ich bili na głowę we wszystkim! Oni z nami na ćwiczeniach nie mieli żadnych szans. Biliśmy ich w działaniach taktycznych, w sprawności ogniowej na strzelnicach.(..). Wiele razy Rosjan było więcej, a przegrywali. Myślę, że jeżeli z naszej strony byłby opór, Rosjanie nie podjęliby walki. Z dalszego wywodu Generała wynika, że Rosjanie zostaliby zatrzymani na Wiśle i zapewne staliby tam i stali grzejąc przemarznięta dłonie przy koksownikach. Jakiż łatwy cel dla przysłowiowego ogniomistrza Kosa. Ale dzięki genialnemu manewrowi Jaruzelskiego wszystko skończyło bez ognia. On to, bowiem ten Jaruzelski jak dobry szuler wziął Wojsko Polskie i jak talię kart potasował w taki sposób, że żaden Rusek - nawet gracz klasy Dostojewskiego - nie mógł się połapać gdzie asy zmechanizowane, gdzie walety pancerne, gdzie dzwońce w czerwonych beretach, gdzie kuchnie polowe i gdzie jest Generał. Zgłupiały niewyszkolone Ruskie z kretesem na takie zagranie, jednym słowem Cud nad Bzdurą. Ale mało tego. Okazuje się, bowiem że nie tylko młodzi i nieopierzeni podporucznicy wiedzieli, że do Ruskich jakby, co to mus strzelać do Solidarności zaś nigdy. Całe Wojsko Polskie to był wielki, choć niewyszeptany nigdy spisek. A jeżeli mielibyście rozkaz, żeby nie walczyć z Rosjanami? – Nie wiem, czy któryś dowódca polski taki rozkaz by wydał. Znałem mojego dowódcę pułku. (...) Gdybyście dostali rozkaz, (strzelania ostra amunicją do demonstrantów) musielibyście go wypełnić. - Myślę, że dowódca pułku, który taki rozkaz musiałby nam przekazać, nie przekazałby go. Wszyscy mu ufaliśmy i wiem, że on takiego rozkazu by nam nie wydał. I oczywiście Przysięga, jako argument: Dla mnie, jako żołnierza ważne było to, że jestem tym, który jest wierny przysiędze wojskowej. ..................................................... Wyjaśniam. To, co wyżej nie jest próbą rozliczania kogokolwiek z życiorysu. Idzie tylko o groteskowe zakłamanie. Facet chyba nie głupi chcąc się jakoś wyłgać - niewiadomo, po co i z czego - przestaje się kontrolować. Traci świadomość znaczenia i rozumienia tego, co opowiada o sobie i swojej formacji sprzed lat. Zagubiony pomiędzy milionami kombatantów i mnogimi hufcami Wallenrodów i Pozytywistów usiłuje Generał jak mały trochę wystraszony przed tablicą uczniak stworzyć dla siebie i swojej formacji legendę potencjalnej moralnej dzielności i po wojskowemu rozumianego patriotyzmu. Najlepiej jednak wypada tu: http://www.youtube.com/watch?v=Mnxvdz65y8s Chwała Bogu, że to tylko teledysk.
poniedziałek, 12 grudnia 2011
13 grudnia 1575 Królem (nie królową) Polski i Wielkim Księciem Litwy została wybrana Anna Jagiellonka. Jedni twierdzą, że to było na Woli inni zaś, że na rynku warszawskim. Ale czy to ważne gdzie? Ciekawszym jest, jaka była pogoda, bo była to impreza zorganizowana na wolnym powietrzu. Tytulatura elekta wyglądała tak: Anna, Dei gratia rex Poloniae et magnus dux Lithuaniae, Russiae, Prussiae, Masoviae, Samogitiae, Kiioviae, Volhyniae, Podlachiae, Livoniaeque …et cetera Potem dodano jej przydawkę, która łacno stała się podmiotem. Stefan Przydawka, bo o nim tu mowa, przyżeniony do Anny nie okazał się, jako subiekt seksualny zbyt natarczywy. Podobno odwiedził ją 3 razy i powiedział: Köszönöm elég. Współczesny wydarzeniom bloger komentował: Anna chłopa dopadła i gębę wysoko nosi. Zezwolił jednak Stefan małżonce władczyni na odwiedziny nocne w miarę jej ochoty i potrzeb. Nie zdzierżył jednak. Kiedy pewnej nocy nawiedziła go, uciekł oknem jak rączy Transylwański wampir. Dwór niezasypiający jak wiemy nigdy to patrzył na to i widział. Annie, na którą duszności biły, musiano puszać krew. Taka była ze wstydu czerwona. Do jakichś poważnych perturbacji politycznych na tym tle nie doszło. System polityczny okazał się jak na razie stabilny. Z Gdańskiem zawarto kompromis a Iwana pogromiono. Dziś, w wigilię rocznicy, puśćmy się na rwące wody fantazji. Co by to było gdyby 13 grudnia 1981 WRON ,zamiast ogłaszać stan wojenny ogłosił ktoregoś Generała, jakiegoś powiedzmy Wojciecha J., Królem Polski i Wielkim Księciem, już nie Litwy, ale Ziem Odzyskanych? Sytuacja była wtedy na tyle absurdalna, że każdy absurd był realny. Społeczeństwo, sadząc po kolejkach, jakie ustawiały się do wysłanych w teren delegatów armii przyjęłoby ten fakt ukrólewienia wojaka (naszego żołnierzyka) z ulgą. Episkopat by przyklasnął rozwiązaniu ze względu na przewidywane prestiżowe uroczystości koronacyjne w Katedrze Krakowskiej a po długim panowaniu na oczekiwany pochówek tamże. Solidarność też by się z tym pogodziła gdyby Wojciech I dopełnił formalności i potwierdził stan faktyczny uszlachcając wszystkich członków Związku zaś Zarządom Regionów nadał prawa Sejmików Ziemskich. Dla zapewnienia stabilności monarchii WRON na pewno odrzuciłaby przesądy i uchwaliłaby wydanie Wojciecha I za Leonida B., który jako książę małżonek, a może nawet, jako współ panujący gwarantowałby monarchii promienną przyszłość i trwałość ustroju. Czyż nie o takim rozwiązaniu marzył w wilgoci Łazienek Stanisław Zalotny? Przyjęcie przez Kreml tej propozycji wydaje się dziś być pewnym. Dziś, wiemy już bowiem, że sytuacja TAM była równie absurdalna jak TU. Nie ulega też wątpliwości, że elekt Wojciech zgodziłby się na to oryginalne rozwiązanie. Co prawda przesądy drobnomieszczańskie i oficerskie wstydy kazałyby mu sięgać do kabury pistoletu po pigułki rozśmieszające, ale dla dobra Układu Warszawskiego i bezpieczeństwa Wielkiego Księstwa Ziem Odzyskanych pomaszerowałby do ołtarza z Kulikowem oblubieńcem per prokura. Jak wyglądałyby potem noce niech hipotetyczna historia milczy. Opowieści sprzed wieków o pożądliwej Annie i wybrednym Stefanie nikogo nie ranią. W wypadku uchwały WRON i jej skutków to, chociaż generał Wojciech J. jest postacią fikcyjną to jednak żyją jeszcze świadkowie, którzy znali Leonida B. Rechot na temat jego ewentualnej rejterady i hipotetycznego samozaparcia Wojciecha J. wydaje się nie na miejscu.
czwartek, 01 grudnia 2011
Założyłem zarękawki i przystąpiłem do rachunków. Anglia. Trwał odliczanie XVIII wieku, który na koniec jak łatwo się domyślić przeszedł w XIX. Dziś czytamy sobie o tamtym czasie, jako o okresie pierwszej rewolucji przemysłowej. Już niedługo romantycy całej Europy wyleją morze łez i trującej śliny na zbrukanie idylli i zadymienie horyzontu, jakie ta rewolucja przyniosła. Na ich oczach stała się, bowiem rzecz straszna, ba nawet upiorna. Taki przybyły z pańszczyźnianej Polski Słowacki będzie pod Nickiem Kordian wydziwiał nad komercyjnym charakterem siedzisk w Hyde Parku, a ohydę kupczącego Zachodu pokaże hardy intelektualista z Imperium carów Adam Mickiewicz w dziele manifeście Księgi Narodu itd. To tylko dwa przykłady bliskie jak koszula ciału, innych dalszych było legio. Ale nie tylko skutki przerażały ludzi małej wiary. Trwoga i zwątpienie towarzyszyły jak wierne suki całkiem rozsądnym ludziom relacjonującym na żywo wiek rewolucji przemysłowej. Bali się zwłaszcza ci, co umieli liczyć dług publiczny. Daniel Defoe gdzieś w latach dwudziestych swego wieku pisał żalem za tym, co minęło: "nie było skandali, spekulowania akcjami (…) loterii, papierów państwowych, kupowania udziałów morskich, pożyczek państwowych (…) nie krążyły bilety skarbowe" Inny mieszkaniec Brytanii w 1748 roku wobec długu w wysokości 80 milionów funtów straszy: "To nasze nec plus ultra i gdybyśmy zaryzykowali krok naprzód, groziłoby nam niebezpieczeństwo powszechnego bankructwa." 80 milionów funtów wtedy do była suma przeogromna. Już wobec długu publicznego Brytanii wynoszącego w roku 1739 60 milionów funtów pewien Francuz kawaler Dubouchet dzielił się z kardynałem Fleury obserwacją: "znamy jej (Anglii) zasoby, widzimy jej długi, wiemy, że nie będzie w stanie ich spłacić." Nie byle, kto bo Hume widział to tak: "Nie trzeba być czarownikiem, aby zgadnąć, jakie będą wyniki. W istocie mamy przed sobą jedną z dwu katastrof: albo naród zniszczy dług publiczny, albo dług publiczny zniszczy naród." Journal de Geneve 30 czerwca 1778 roku: "Obliczono właśnie, że gdyby spłacać angielski dług narodowy w tempie jednej gwinei na minutę zajęłoby to 272 lata, 10 miesięcy, 1 tydzień, 1 dzień, 15 min - co zakłada, że dług wynosi 141 405 855 gwinei." (Gwinea to wtedy już jak mi się wydaje 21 szylingów, czyli 1, 05 funta.) Potem były wojny napoleońskie. W 1824 oceniano zadłużenie Anglii oceniano na 30 miliardów franków. Przyjmując, że ówczesny frank to 0, 290323 g złota zaś funt to 7, 76 g tego metalu otrzymamy 1 122 milionów funtów. Toż to zgroza! Jeszcze chwila a radykalny pesymista Karol Marx ogłosi swą sadystyczną przepowiednię. Może zresztą nie tak, bo trudno powiedzieć, co dla pesymisty jest sadyzmem a co tego sadyzmu przeciwieństwem. Dane z „Kultura materialna, gospodarka i kapitalizm. XV – XVII wiek” Fernanad Braudel.
sobota, 26 listopada 2011
Jak to jest z wrażliwością językową w PL? Rechot na Biedronia został zgodnie potępiony a mający powody do wstydu zawstydzili się (przynajmniej niektórzy) publicznie i wyrazili żal - może i nie doskonały, ale zawsze żal - za grzech śmiechu nie tam gdzie trzeba. Godzi się odnotować tę zmianę wrażliwości. Okazuje się jednak, że Polski dżentelmen nie przestając na moment być dżentelmenem może nadal spokojnie użyć powiedzenia słoma z butów mu wychodzi. Sprawdziłem to w pewnym blogu. Gospodarzowi tego blogu komentującemu głupie zachowanie pewnego polityka udało się tę słomę z buta polityka wyciągnąć na widok publiczny. Nikt z komentatorów nie okazał zaniepokojenia, nikt nie podniósł nawet brwi. Nie wytrzymałem i pokazałem tę "słomę" zwisającą z wpisu palcem. Ale gdzie tam. Nadal nic. Mógł to być efekt respektu wobec Gospodarza. Tego wykluczyć się nie da, bo na respekt każdy Gospodarz zasługuje. Sądzę jednak, że większość czytających tamten blog w ogóle nie pojęła niestosowności tego, że tak powiem inteligenckiego za przeproszeniem porzekadła. Jako anty dżentelmena cieszy mnie to. Język Polski nadal jest giętki jak biczysko albo szpicruta. Łatwo męczonej w szkole Żeromskim młodzieży poczuć jak Rafała smagniętego przez policzek bolało. Łatwo o śmiech w teatrze na przedstawieniach starych komedii choćby takiego Wesela. Słoma, słoma, słoma, słoma – jak mawiał Hamlet. Może gdyby chłopi byli czarni a panowie biali to by i ostrożność językowa była w PL większa? No tak, ale wtedy Polska była by barwna jak Haiti.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Torlinie. Obawiając się, że w Twoim blogu tak obszerny komentarz się nie zmieści umieszczam to u siebie, jako komentarz do twego wpisu o filmie Woody Allena. .................................................................. Erudycja to tak samo dobry sposób na sukces jak skoki przez ognisko w Noc Kupały, szpan dobrym samochodem, czy talia kart kredytowych. .................................................................................................... Latem w pewnym uniwersyteckim mieście wszedłem do pewnej kawiarni. Jak wiadomo PL to mały kraj, bo prawie wszyscy się tam znają. Już od drzwi zoczyłem natychmiast pewnego romanistę z innego miasta, mojego rówieśnika z dorobkiem naukowym i gospodarną żoną a i jak słyszę z wianuszkiem wnuków. Siedział przy stoliku z hoża dwudziestolatką. Na stoliku leżały jakieś wydruki. Z daleka mogło to wyglądać na kawiarnianą konsultację postępów Hożej w pisaniu pracy licencjackiej ( na tyle wyglądała). Tak ubogą interpretację sytuacji wykluczało jednak to, że romanista bawił się w pisanie palcem po wewnętrznej stronie dłoni Hożej - dłoni wąskiej jakby stworzonej do pieszczenia łasiczki. Zobaczył mnie. Tylko na chwilę się zakłopotał i szybko dał mi wyrazem twarzy do zrozumienia: Dziś się nie znamy, a po wyjściu z kawiarni nie rozpowiadaj. Posłuchałem tego nakazu, ale jedynym wolnym stolikiem był stolik ich sąsiedztwie a na zmianę lokalu nie miałem ochoty. Usiadłem, więc w zasięgu ich głosów. Romanista przestał wypisywać czułości palcem po dłoni Hożej. Aby jednak skompensować jej i sobie brak namacalnego flirtu zaczął tokować. Wydaje mi się, że działo to na Hożą jeszcze mocniej niż uprzednie karesy. Tokował romanista po mistrzowsku. Wiedział, że ma we mnie wdzięcznego słuchacza, wiedział też że nagroda od damy go nie minie. O czym tokował romanista? A no porównywał tłumaczenie Boya z oryginałem. Ten Boy i ten oryginał to była Ballade des dames du temps jadis. Przeczytał najpierw oryginał. Przeszedł do tłumaczenia: Powiedz mi, gdzie y w iakiey ziemi Iest Flora, rzymska krasawica; Archippa, cud między cudnemi, Tais, stryieczna iey siestrzyca? Ty, Echo, co głos wracasz skory, Gdy pomknie nad strumienia biegi, Mów, gdzie są Piękne dawney pory?… Ach, gdzie są niegdysieysze śniegi! Powiedzcie, kędy iest uczona Helois, dla miłości którey Abeylart Piotr, zmienion w kapłona, Żal swóy w klasztorne zamknął mury? Podobnież, gdzie ta monarchini, Co, śmiertelnemi szyiąc ściegi Worek, gachowi grób zeń czyni?… Ach, gdzie są niegdysieysze śniegi! Królowa Blanka, iak liliia, Syrenim głosem zawodząca, Berta o wielkiey stopie, Liia, Bietris, Arambur, Alys wrząca, Iohanna, co w mężczyźńskiey szacie Anglików gnała przecz szeregi, Gdzież są? Wy mówcie, ieśli znacie… Ach, gdzie są niegdysieysze śniegi! Potem poszedł na łatwiznę, ale jak skuteczną! Zaczął deszyfrować wspomniane przez Villona Panie schlebiając Hożej okrutnie. Wiadomo kobiety są łase na pochlebstwa. - A więc mamy Florę jak to ta rzymska boginka, którą doskonale pamiętasz z obrazu Botticellego. Potem Archippa... - Tu zawiesił głos by zaskoczyć dziewczynę. - To oczywiście (jak wiesz) Alcybiades. Takie było to średniowiecze dziewczyno. Opisanego przez Platona, jako ideał piękna Alcybiadesa często brano za kobietę. -Tais to ateńska hetera, która Aleksandrowi W. i jego chłopakom towarzyszyła aż do Persji. Pamiętasz oczywiście tę piromankę, co podpuściła chłopaków żeby spalili pałac w Persepolis. - Echo ....- Tu opowiedział dziewczynie cały mit przepraszając, że opowiada sprawy doskonale jej znane, ale on lubi opowiadać bajki dużym dziewczynkom. Potem była Helois i los Abelarda. Hożej łzy stanęły w oczach, on zaś nie zapomniał przypomnieć dziewczynie, że ona doskonale tę historię zna i pamięta. - Monarchini od worka - objaśniał - Małgorzata Burgundzka żona Ludwika Kłótliwego. Cudzołożnica. Uwięziona i uduszona. - Wspomnianego przez Villona, Jean Buridana, Boy nie wymienna z nazwiska. Ten średniowieczny intelektualista zwolennik nominalizmu i kobieciarz miał być ponoć za romans z Małgorzatą zaszyty w worek i wrzucony do Sekwany. Ocalał z pożytkiem dla nauki. - Tu romanista wypiął dumnie pierś. Mówił długo o Blance Kastylijskiej i jej romansie z hrabią Teobaldem Szampańskim.
Hoża dostała wypieków na twarzy. Jej wąska dłoń gładziła jego odsloniętą dyskretnie włochatą i gustownie posiwiałą pierś. - Berta o dużej stopie to oczywiście matka Karola Wielkiego. Tu dziewczyna dyskretnie spojrzała na swoje spore stopy a on udawał, że nie tego nie spostrzegł. Ostatecznie to niewiele znaczący szczegół. Bałem się, że przy Bietris zacznie opowiadać Boską Komedię, ale on cwany tylko mimochodem wymienił autora nie szkodząc narastającemu napięciu i nie strasząc Piekłem. O Arambur, jako kobiecie nie wiele miał do powiedzenia - Haremburgis qui tint le Maine - Cytował. - Haremburgis dzierżąca Le Main stare hrabstwo Francuskie. Jak wiesz nie należy mylić z La Main. Zamiast o kobiecie opowiedział o krainie Le Main tak, że Hoża musiał mieć wrażenie, że wędruje po niej z cicerone erudytą ramię w ramię ku najbliższemu hotelowi. Liia to wymysł Boya w oryginale jej nie ma. - Tu wskazał palcem odpowiednie miejsce w tekście. - - A Joanna to wiadomo kto, Dziewica. - Mimo woli prychnął pogardliwie, bo i jemu nastrój Hoże zaczął się udzielać. - Została Alys wrząca… - Mnie na imię Ala. - Niskim głosem powiedziała Hoża. - Chodź. No chodźmy już. - Ponaglała Wyszli. Ona przytulona do niego a on jak galijski kogut mniejszy o głowę. Jeszcze tylko obejrzał się i mrugnął znacząco. Zrozumiałam, że to obietnica, że o Alys opowie mi przy najbliższej okazji. Nie spotkamy się jednak wcześniej niż wiosną.
wtorek, 08 listopada 2011
niedziela, 30 października 2011
Wracam do jeszcze do zadanego przez Szostkiewicza zadania domowego by pewne sprawy doprecyzować i uzupełnić: „Czas wrócić do dyskusji o pryncypiach. Do dyskusji politycznej o jedności europejskiej. Jakie są dziś główne przeszkody na jej (jedności europejskiej) drodze?” – Pisze Szostkiewicz. Przeszkodą jest tabu suwerenności narodowej. Należy je przełamywać w sobie i proponować jego przełamywanie innym. Ten postulat nie zawiera jednak w sobie zamiaru "likwidacji" patriotyzmu, nie zawiera w sobie także zamiaru "rozwiązywania" narodów. Idzie o rozdzielenie splecionych z sobą wartości. Patriotyzm nie jest raz na zawsze i koniecznie związany z postulatem suwerenności dla ojczystego kraju, naród nie musi być suwereny by kultywować wartość, jaką sam dla siebie stanowi. Zapętlenie narodu, patriotyzmu i suwerenności nastąpiła na dobra sprawę nie tak dawno. Nastąpiło ono, bowiem w procesie trwającym od dwustu zaledwie lat. Tomasz M (komentator u Szostkiewicza) przywołał ważne pojęcie subsydiarności, czyli na zasadę, iż sprawy, które może rozwiązywać gmina, że atrybuty, które może ona udźwignąć pozostawia się na poziomie gminy, to zaś, co jest w stanie załatwić region pozostawia się w kompetencji regionu itd. Atrybut suwerenności, który w czasach poprzedzających państwo narodowe był atrybutem monarchy - czy jak w wypadku I Rzeczpospolitej atrybutem zgromadzonych stanów sejmu, senatu i króla - odziedziczyło państwo narodowe. Nie został on oddelegowany w dół ku gminom i regionom. Pozostał był oczkiem w głowie władzy centralnej wobec zakusów cudzoziemskich podmiotów. Dziś de facto atrybut ten - zarówno, jeśli idzie o suwerenność zewnętrzna jak i wewnętrzną państwa - został już poważnie w Europie zdemolowany i ograniczony. Nie mniej występuje on niezwykle silnie, jako pałka na wszystkie próby efektywnego zacieśniania współpracy, jest silnym argumentem mobilizującym emocje elektoratów. Budzi się ta suwerenność jak wartość bezwzględna zawsze czy to idzie o próby rozszerzenia kompetencji parlamentu europejskiego czy o kompetencje Brukseli do kontroli nad budżetami. Sięgają po argument obrony suwerenności rządy państw narodowych, sięgają zbuntowane grupy obywateli. Czasem wypływa ten argument w sposób nieoczekiwany i groteskowy jak przy okazji wypowiedzi Jana Hartmana o konieczności obrony suwerenności PL przed kościołem katolickim. Moim zdaniem należ dążyć do rozproszenia atrybutu suwerenności zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej pomiędzy gminy, regiony, państwa i UE wedle zasady subsydiarności. Regionowi wara od tego, co gmina jest w stanie załatwić samodzielnie. Państwu wara od tego, co mogą gminy i regiony a także od tego, co jest ponad jego siły tego, co tylko wspólnota ponad państwowa może zapewnić. Podsumowując: Szerzyć należy oczywisty pogląd, że w obecnej sytuacji w Europie delegacja suwerenności zarówno w górę jak i w dół od państwa narodowego nie jest sprzeczna z patriotyzmem. Na efekty nie trzeba będzie czekać setki lat. Najstarsze państwa narodowe liczą niewiele ponad 200 lat a tabu suwerenności państwowej mimo swej siły jest już mocno poharatane. W gruncie rzeczy to sprawa mocnej magii. Wezwanie do obrony suwerenności to niezwykle silne paraliżujące zaklęcie, ale tylko zaklęcie. A tak naprawdę to uważam ze największą przeszkodą w realizacji jedności Europejskiej byłby brak trudności przeszkód do pokonania. Nic bardziej nie jednoczy niż wspólnie przeżyty i pokonany razem lęk wspólne pokonywanie przeszkód. Tych mam nadzieję nie braknie.
wtorek, 25 października 2011
Gorączkuje się profesor Jan Hartman u redaktora Szostkiewicza: http://szostkiewicz.blog.polityka.pl/2011/10/24/mantra-hartmana/#comment-162051 Wiem jak głębokie czujecie upokorzenie. Wiem, że wasze upokorzenie podziela profesor Jan Hartman. Podnieście głowy. Rozjaśnijcie swe od troski pociemniałe oblicza, a i Pan profesorze, niech Pan podniesie w pochyloną głowę i poluzuje zmarszczonemu czołu. Wasz kraj jest wolny! Tyle tylko, że wy o tym nie wiedzieliście. Nie wiedzieliście, bo aby wiedzieć trzeba się dowiedzieć. Jesteście wraz z Profesorem wolni, bo: Stronami w umowie zwanej konkordatem są suwerenne państwo i Stolica Apostolska. Stolicy Apostolskiej nie należy mylić z Państwem Watykan. Stolica Apostolska to Papież i Kuria Rzymska. Papież nie reprezentuje w tym wypadku państwa Watykan, lecz występuje, jako zwierzchnik kościoła. Przedmiotem konkordatu jest regulacja stosunków pomiędzy a) państwem a zwierzchnikiem kościoła (przypominam: nie Watykanem) b) państwem a lokalną częścią kościoła działającego w tym państwie c) państwem a wiernymi kościoła będącymi obywatelami tegoż państwa Myślę, że wasza pomyłka wynikła z braku precyzji języka, jakim ta problematyka jest opisywana. Zgodnie z soborowa deklaracją Dignitatis humanae kościół przyjął zasadę powszechnej wolności osób i społeczeństw bez względu na ich stosunek do prawdy (czytaj religii). Dlatego też kościół zabiega o równoprawną pozycję wszystkich wyznań występujących w danym państwie i zrzeka się wszystkich przywilejów prawnych, które by go wśród innych wyznań wyróżniały. SPOKOJNIE! Tak wygląda sprawa od strony formalnej i w deklaracjach. Praktyczne rozpanoszenie się kościoła w PL nie wynika z jego formalnego statusu prawnego, lecz jest sumą obyczaju i aktywnej pychy części kleru połączonej z pokorą obywateli i polityków. Potrzebne są zmiany kulturowe a te trudno zadekretować i regulować prawnie. PS Dla wyjaśnienia. Jestem agnostykiem i w odniesieniu do spraw PL antyklerykałem. Też bym to i tamto usunął, to i tamto ograniczył. Dziś jednak słuszne żądanie usunięcia krzyży z Sali sejmowej spowoduje, że ten krzyż wiszący od lat prowizorycznie, zostanie mocniej, bo przez poselskie głosowanie przybity do ściany. Podobnie ma się sprawa z wieloma innymi problemami w relacji państwo kościół. ......................................................................................................................... Zajrzałem do: Encyklopedia Katolicka, tom IX, str. 639, hasło - Konkordat. Lublin 2002
piątek, 21 października 2011
Dostałem od niego pocztówkę z Wróbelkiem Elemelkiem. Na odwrocie napisał: Ćwir 21 października 2011 Nowy Jork Zuccotti Park Zawsze był lakoniczny, ale zarazem wymowny. To krótkie „ćwir” powiedziało mi wszystko. Zrozumiałem w lot jego poranek. Z łatwością puściłem się w nurt bolesnego strumienia jego białej jak papier nienapisanej narracji pokrytej męskim i twardym betonem „ćwir”. Wiedziałem już, że było tak: Budzik borował mu czaszkę. Wypędzał go z jasnego kolorowego snu w borowinowe bagno dnia. Żal snu, bo piękny był. Oto biegł chłopięciem będąc przez siarczysty poranek zimowy do szkoły siarczyście przeklinając babcię świeżo nabytymi od starszych siarczystymi słowami. Słowa były jędrne i przysadziste jak tyłek W jego szkolnej koleżanki, tyłek rozkosznie wypełniający jej bawełniane prawie dorosłe majtki. Przeklinał Babcię bo ta zanim wybiegł na dwudziestostopniowy mróz wymusiła na nim ubranie włóczkowych nauszników. Klął więc we śnie babcię z brutalnie pieszcząc brzydkie słowa. Co powie tyłek W gdy go zobaczy w tych nausznikach? Kiedy tylko Babcia popatrująca za nim przez oblodzoną szybę zniknęła z sennego marzenia zdarł hardo nauszniki z uszu. Pieszczota mrozu podrażniła małżowiny - jego wrażliwą erogenną strefę. Tyłek W uśmiechał się spod tornistra jakieś parę kroków przed nim. Idąc tak za nią dochodził coraz to raźniej do szeroko otwartych w jego śnie drzwi Szkoły. Stanąwszy w drzwiach W obróciła się ku niemu. Pokazały mu się jej białe jeszcze wtedy zęby. W z zachwytem spojrzała na jego wielkie sterczące uszy. - Jakie bielutkie. – Powiedziała, a w jej głosie lekko zachrypniętym brzmiała obietnica. Wyciągnęła ku jego uszom ręce. Jej buraczkowe dłonie otuliły pogrążone we śnie małżowiny. Lekko i bezszelestnie oderwała je od jego głowy. Potem patrząc mu oczy włożyła jedną małżowinę do ust i delikatnie ugryzła. Wezbrała w nim fala i zawisła jak tsunami, albo jak nieunikniona rewolucja. Wtedy zadźwięczał budzik. Pierwszym jego doznaniem było zdziwienie, że jest już całkiem dorosły i że zbudził się daleko od Zuccotti Park.
niedziela, 16 października 2011
Ech! Udała się nam Polska. Udała się i jako miejsce pochodzenia, i jako język z całym wagonem narracji i metafor, i jako miejsce do życia albo powrotów. Udała się nam wszystkim urodzonym tak by osobiście nie pamiętać okupacji i marszu armii wyzwoleńczej z komunistami w taborach i janczarami ze zwiadu w szpicy. Potem było źle a zarazem coraz to lepiej i lepiej. Dostarczyła ta Polska nam okazji do zdobywania różnych nieosiągalnych za Łabą sprawności, stawiała przed próbami niełatwymi, ale i niezbyt trudnymi - ot tak na miarę kogoś, kto nie jest urodzoną świnią. Nawet, jeśli brak kulturowej szczepionki wyniesionej z domu czy chwilowy brak charakteru wpędziły kogoś w tarapaty moralne to nie tak znowu trudno było znaleźć okazję do rehabilitacji. A dziś? Nadal coraz lepiej. PS Że ilustracja taka a nie inna? Przecież to tylko kostium maskujący.
poniedziałek, 10 października 2011
Zamieszczenie tego linku to tylko drobna uszczypliwość. Chyba niewielu wtedy potraktowało słowa Prezesa serio. Czy pożądanym jest odejście Prezesa? Jak na razie konsoliduję on 30 procentowy elektorat. Grupa ta została już dosyć dobrze zdefiniowana i opisana. Odejście Prezesa, (które zresztą nastąpi kiedyś) spowoduje rozproszenie się tej grupy. Ale ni e tylko rozproszenie. Spora część elektoratu Kaczyńskiego ujawni wtedy o wiele silniejszy radykalizm i agresję nakierowaną na Polską rzeczywistość społeczną i kulturową. Kaczyński spełnia wobec takich postaw rolę furmana trzymającego biesy na lejcach. Nie, nie mam zamiaru głosić pochwały Prezesa. On te nastroje i postawy także karmi. Karmi je insynuacją, on daje nadzieję, że „w gruncie rzeczy wiecie i rozumiecie dziś tak jakbyście chcieli w świecie takim, jakim jest nie można”. Czyni on to w sposób niezwykle wiarygodny dla mrocznych radykałów. Prokaczyńskość jest jak góra lodowa. Dobrą próbą – ilustracją, co pływa pod czubkiem tej masy pod czubkiem widocznym i oficjalnie deklarowanym są komentarze ogłaszane w sieci przez zwolenników Prezesa. Wrzący antysemityzm, robespierryzm zalewa fora, na których występują zwolennicy PiS. Odejście prezesa było by zdarciem maski z dużej części jego społecznej bazy, która natychmiast przybrałaby formy organizacyjne, kto wie czy niewsparte bojówkarstwem, mielibyśmy histeryczne marsze Chrystusa Króla, radykalny dryfujący ku sabotażom antykapitalizm, nacjonalizm z nożem w zębach. Kaczyński mimo jadąc na tych podskórnych nurtach podsyca je, ale jednocześnie dyscyplinuje. Nie wykluczam, że jego mimowolna rola może być kiedyś oceniana lepiej niż jawi się ona z perspektywy dzisiejszej. Demokracja Polska konsoliduje się. Ten proces będzie się pogłębiał. Kiedy nadejdzie ostateczny koniec kariery politycznej Kaczyńskiego spuszczone z lejców biesy będą mniej groźne i pewnie kulturowo stetryczałe. Będą łatwiejsze do opanowania. Może się powtórzyć kazus Jaruzelskiego też (choć w o wiele groźniejszej sytuacji) mimowolnego dobrodzieja, który zawsze działał w interesie CCCP i nomenklatury który jechał na sowieckiej fali tak jak Kaczyński jedzie mrocznej fali Polskiej ciemnoty rozwadniając niechcący jej trucicielską moc. Zjeździć kobyłę niechcący na śmierć? Jaruzelski to już zrobił. Kaczyński jest na najlepszej do tego drodze.
środa, 05 października 2011
Adam Szostkiewicz pisze w swym blogu: "Suwerenność nie jest celem samym w sobie, tylko możliwością nieskrępowanego definiowania interesów, tworzenia i wykonywania polityki z takiej definicji zrodzonej. Niepokoi mnie, że ten kluczowy temat w ogóle się nie pojawił w obecnej kampanii. Nie podejmują go ani media, ani politycy, szczególnie ci proeuropejscy. Nie wiadomo, jak definiują oni polskie interesy w czasie najpoważniejszego od lat globalnego kryzysu wzajemnego zaufania. Gdzie jest minister Sikorski, gdzie jest premier, gdzie są doradcy prezydenta RP od spraw międzynarodowych?" Mnie też to niepokoi. Łatwo jest się niepokoić patrząc z boku. Trudniej wyrażać ten niepokój, kiedy jest się zaangażowanym politykiem będąc jednocześnie zwolennikiem idei zjednoczonej Europy. To po prostu ryzykowny temat w obliczu wyborów. Statystyczny wyborca „w Polsce żyje”, „Polską żyje”, „takie widzi świata koło…itd.”. Fala poparcia dla idei ponadnarodowych chwilowo się cofa. Polityk angażując się w niepopularną wizję ryzykuje utratę głosów. Daje się, więc zaobserwować proces schodzenia polityków proeuropejskich do „podziemia”, do pomijania milczeniem problematyki Europejskiej. Oczywiście mówi się o Europie, jako źródle dotacji finansowych lub w wypadku krajów płatników, jako dziurze, w którą trzeba sypać banknoty. Pożytki z Europy są tak oczywiste jak powietrze i jak powietrze niedostrzegane. Gorzko to może zabrzmi, ale potrzebne jest zagrożenie. Nie wewnętrzne, ale zagrożenie z zewnątrz jednoczące narody. Rosja ma swoją fobię lub jak kto woli realne zagrożenie. Jej miękkie podbrzusze wystawione jest na rosnące jak na razie Chiny. Te fobię czy zagrożenie podziela także posowieckie społeczeństwo. Ta fobia czy zagrożenie jest czynnikiem wspierającym „zbieranie ziem” dawnego CCCP. Polityk Rosyjski zawsze wzmocni swoją pozycję szermując mniej lub bardziej dyskretnie Chińczykiem u stóp Uralu. Z Europą jest tak, że Polak (np. Kaczyński) ma swoje strachy, Francuz swoje, Grek swoje. Nie ma w masach Europejskich wspólnego lęku skierowanego na zewnątrz. Lęk przed islamistycznym terroryzmem jest lękiem przed amorficzną nieokreśloną siłą. Brakuje konkretnego pozostającego na zewnątrz „bicza Bożego”. Nie działa też już strach narodów Europejskich przed własną przeszłością. Hitler czy Stalin stają, jako figury pamięci coraz bardziej groteskowi nierzeczywiści w oczach młodszych generacji. Grozi nam, zwolennikom Zjednoczonej Europy - federacyjnej czy konfederacyjnej a nawet Europy narodów - przekształcenie się w sentymentalny klub starszych dżentelmenów. Boję się, że potrzebujemy wilka. Przyjdzie potem czas na Wilczycę?
czwartek, 29 września 2011
Marek Musiał "Cyrograf" Satanista, który jest takim satanistą jak wujek Tadek spod Tesco jest świętym Mikołajem spalił publicznie Biblię. Palenie książek (jakichkolwiek) z powodów ideowych czy ku uciesze gawiedzi uważam za czyn barbarzyński a podpalaczy moim zdaniem powinno się bojkotować towarzysko i w mediach. Ba, nie powinno się ich dopuszczać do wspólnego stołu i łoża. Moje stanowisko wynika jednak z faktu wczesnego urodzenia. Wychowywany byłem w czasach, kiedy zbrodnie przeciw książce były w świeżej pamięci ba popełniane były nadal w bardziej zakamuflowanej niż nazistowska formie. Czas jednak jak widać mija. Jarmarczny palacz książek może zaistnieć publicznie w funkcjonującym w demokracji medium i być nawet celebrytą. Ja spisuję go do Hamanów i to mi wystarczy. Gdzie jednak mam spisać Wiesława Meringa autora pracy doktorskiej "Koncepcja metafizycznej struktury duszy w tomizmie egzystencjalnym"? Przyznaję, że "metafizyczna struktura duszy" jest dla mnie nieodgadnioną tajemnicą – abrakadabrą mogę powiedzieć. Jest to wynik braku wykształcenia i nieoczytania w przedmiocie. Wiem jednak, że coś takiego jest do pomyślenia a zaręcza to w moich oczach prof. Gogacz promotor pracy i wcześniejsi nauczyciele Meringa - Krąpiec i Swieżawski. Wiem skądinąd, że Wiesław Mering ma duszę, a przynajmniej ma ją subiektywnie i to nieśmiertelną. Nie mogąc poznać duszy Meringa, jako takiej, jako duszy w sobie mogę jednak przyjrzeć się objawom jej działania. Patrzę. Wiesław Mering wulgarnie zaatakował ks. Bonieckiego. Atak ten można uznać za widzialny przejaw nieamorficznej i niewidzialnej duszy biskupa. Biskup walnął ks. Bonieckiego po głowie Magdaleną Środą. Środa, bowiem publikowała w Tygodniku Powszechnym w czasach, kiedy ks. Boniecki był Tygodnika naczelnym redaktorem. Nie o treści publikowane przez Środę idzie jednak biskupowi. Idzie o ojca Środy prof. Ciupaka. Edward Ciupak socjolog religii za PRL współpracował z Urzędem do spraw wyznań. Jest ateistą. Czy to jednak wystarcza by biskup darzył go tak wielką niechęcią by niechęć tę rzutować na córkę? Chyba nie. Nie takich grzeszników biskupi już przytulili i przytulają. Może przyczyn należy szukać w dalekiej już przeszłości? Wiadomo, że Wiesław Mering głębokim szacunkiem a nawet kultem otaczał swego wczesnego mistrza z KUL prof. Swieżawskiego. Pisał o nim: "Mam wielką pokusę, by napisać, że profesor Swieżawski należy do tych chrześcijan, o których Apokalipsa mówi, że są "gorący". To ich właśnie pochwala ostatnia Księga Nowego Testamentu." Profesor Swierzawski wyjeżdżał bywało do Francji. Podczas jednego z takich wyjazdów spotkał agenta SB niejakiego "Gabriela", który pilnie zreferował spotkanie rezydenturze wywiadu PRL w Paryżu. Czyż nie satanistyczny to pomysł by nadawać agentowi imię archanioła? Źródła (jak to źródła, czyli materiał do opracowania) wskazują, że Gabriel to Edward Ciupak. Czy Mering mści się na córce za przypuszczalną agenturalność ojca? Wątpię by to było przyczyną zajadłości biskupa. Była by to gruba niespójność, która przecież nie może być cechą metafizycznej struktury duszy biskupa. Jeśli, bowiem Mering przyjąłby za dobrą monetę tożsamość Gabriela z Edwardem Ciupakiem musiałby przyjąć za niezbitą prawdę to, co znaleźć można w dokumentach MSW na temat niejakiego Lucjana. Lucjan to pseudonim agenturalny księdza wysłanego na studia do Francji w 1977 roku. Wedle dokumentów znakiem rozpoznawczym dla Lucjana i jego kontaktu miała być książka "Pieśń o moim Chrystusie" oraz podpisane zdjęcie agenta. Biskup musiałby wierzyć, że "koniak Camus wartości 850 zł" otrzymany przez Luciana w zamian za donosy był realnym przedmiotem a nie ubecką fikcją. Trzeba jednak przyznać, że tu też satanizm (czyj?) aż dymi z narracji dokumentów. Nie. Biskup nie wierzy w Lucjana. Powiedział to publicznie. Nie wierzy w Luciana tym bardziej, że tym Lucianem miał być on sam. Wie, co mówi. Niewiara w Lucjana wyklucza wiarę biskupa w agenturalność Ciupaka. Może, więc idzie o to: Wspomniany profesor Ciupak to kolega szkolny arcybiskupa Wielgusa jeszcze z Janowa Lubelskiego. Zamiast okazać się lojalnym kumplem szkolnym i wesprzeć go w chwili opresji ateista Ciupak w swej wypowiedzi dla IRA w lipcu 2007 pryncypialnie potępił tych biskupów, którzy prawdę o Wielgusie ukrywali i zalecił im by szukali schronienia w klasztorach ustępując ze swych stanowisk. Dodał także, że w kościele pojawili się obłudnicy, przed którymi przestrzegał Chrystus. Obcesowy ten, prof. Ciupak.No nie? Czuć siarkę. Ale prawdy o Wielgusie nikt nie ukrywał. Takiej prawdy przecież nie było. Tożsamość Greya jest równie chwiejna jak tożsamość Lucjana i Gabriela. Wypowiedz Ciupaka chybiła więc celu, a tylko celne uderzenie w godność Episkopatu mogłoby sprowokować tak silne emocje u biskupa wobec Bogu ducha winnej córki profesora. Nie rozbiorę do końca duszy biskupa by z jej metafizycznej struktury wydobyć motyw sakramenckiego (jakby powiedział góral) gniewu przeciw Środzie. Nie rozbiorę tej metafizycznej struktury zbudowanej z błazna w masce satanisty, biskupa z pastorałem i socjologa ateisty zatroskanego o los Kościoła. Jest ona jak kartofel upieczony w popiekielniku metafizycznym. Można usmolić palce. Tonę więc w domysłach i w mgle.
niedziela, 25 września 2011
Zobowiązałem się u Szostkiewicza napisać coś o ks. Tomaszu Halíku. Cóż jak się rzekło słowo… Ks. Halík to na pewno bystry pisarz i filozof, a jego doświadczenia są mi w pewien sposób bliskie. Wart jest czytania, ale nic on do mojej wiary czy niewiary nowego nie wnosi. Przyjmuje on założenie realnego istnienia Boga a potem to zręcznie rozwija. Są u niego cenne spostrzeżenia na temat współczesności. Pisze on na temat niebezpieczeństw, jakie niesie bezreligijność – o zagrożeniu, jakim jest według niego wpychanie się człowieka na Tron Boży Ale na Boga! Ja nie przyjmując hipotezy Boga wcale nie Ubóstwiam Człowieka, wcale tego człowieka i tym bardziej siebie na Boży Tron nie sadzam. W ogóle tego Tronu nie biorę pod uwagę. Że zjawisko ubóstwienia człowieka występuje jest oczywistością. Tylko czy ono ma związek z kryzysem religijności? Wpychanie się człowieka na Tron Boży występowało w najlepsze, kiedy Bóg czuł się jeszcze dobrze. Po prostu sadzano człowieka lub sam się sadzał na kolanach Bożych i skutki tego były podobne do dzisiejszego siadania na pustym tronie.
czwartek, 22 września 2011
Zastanawiam się czy nie zostać katolikiem. Nie ma to nic wspólnego z obecnością Chrystusa w winie i chlebie. Nie na to nic wspólnego z Niepokalanym poczęciem. Jest to wynik lektury blogów. Po powrocie do sieci chcąc się zorientować, co w tej sieci piszczy poczytałem trochę blogów. Głównie były to blogi wymienione tu u mnie po prawej stronie. Z nich robiłem wypady do kolejnych itd. Nie za daleko wędrowałem. Ot tyle by nie pobłądzić w gąszczach. Zajrzałem też do Koraszewskiego do portalu Racjonalista. To, co w czasie spaceru po blogach razi i zniesnacza, zwłaszcza po długiej przerwie, to - parafrazując Michnika – zwierzęcy antyklerykalizm i antykatolicyzm. Przybiera on czasem u pewnych Nicków formę obsesji. Zjawisko to dziwi, bo przecież wśród uczestników blogów dominują „mieszkańcy dużych miast”, w których (na Boga), jako żywo opresyjność parafii jest minimalna. Małe miasta i wsie jakoś bym usprawiedliwił, ale też z pewnym podniesieniem brwi. Owszem kościół mówi głośno, co mówi. Owszem nie biegnie on zbyt chętnie za modami moralnymi. Tyle, że takim ma być z definicji. Owszem o programach Radio Maryja krążą różne wieści, ale opisywani blogowicze nie słuchają tego przekaziora. Denerwują ich tylko głuche wieści o nim. Radio Maryja ma swoich słuchaczy podobnie jak Krytyka Polityczna swoich czytelników. Radio Maryja skupia dewotów często tych, którzy po awansie społecznym osiągniętym w PRL na emeryturach wracają do korzeni. Wielu ich kolegów i wiele koleżanek, też sierot po PRL, skupia się przy Przeglądzie czy przy Nie. Jak na kraj, w którym kiedyś nawet ubek etatowy często brał ślub kościelny i chrzcił dzieci balans wydaje się zachowany. Główną tezę antykatolickich komentatorów można streścić w okrzyku: „Polsko twa zguba w Rzymie” jak powiedział Max Weber. Z tym, że jak to na naszym bogersko amatorskim poziomie bywa, krzyczący wiedzą na ogół tyle samo o Weberze, co o mistycyzmie Słowackiego. Czy w tezie pewnego blogowicza, który źródła obecnych kłopotów USA upatruje w zwiększającej się roli tych dziwnych Latynosów i innych nieprotestantów nie pobrzmiewa rasizm kulturowy Webera? Webera który traktował Pruskich Polaków i Żydów, jako element destrukcji? Ale zostawmy Webera, geniusza swojego czasu i Pruskiego patriotę. „Empiria”, czyli w wypadku nauk historycznych poszerzona kwerenda źródłowa i jej analiza powoli rozmywają jego pomysł. Zastanawia co innego. Od czasów PRL, od czasów Stowarzyszenia Ateistów i Wolnomyślicieli nie nastąpił żaden postęp w tonie i rodzaju argumentacji. Wielu blogowiczów leci Argumentami a ich myślenie wywodzi się z Faktów i Myśli. Czyżby zaskorupienie w skorupce nasączonej za młodu? Czy od tamtego czasu nic do przeczytania, do przemyślenia nie napotkali? Pewien postęp od tamtych czasów stanowi zbitka medialna Kościół /pedofilia która jak gorączka opanowała myślenie producentów blogowych komentarzy. Zdając sobie sprawę z przesadniej roli kościoła w życiu politycznym i jego wielu nieuzasadnionych uroszczeń, reakcję na te fakty uważam z grubo przesadzoną. Skąd tyle przesady? Czy nie jest to reakcja neofitów? Reakcja ludzi, który „porzuciwszy wiarę ojców” nie wyparli jeszcze ze swoich serc poczucia winy? W związku z tym zastanawiam się czy nie zostać neofitą na odwyrtkę, neofitą w katolicyzmie. No powiedzmy nie na zawsze, ale na chwilę.
środa, 21 września 2011
Łatwo mi przyszło odpisać Torlinowi, (kom: edwarddana 2011/09/18 11:51:18) że trenuję palce. Trudniej trenować, kiedy się człowiekowi nie chce. Tyle książek nieprzeczytanych, tyle filmów nieobejrzanych, tyle narracji niewysłuchanych. Jednym słowem tak wielka mnogość tekstów zapisanych i niezapisanych krąży w językach kosmosu, że dokładać się do tego kopca jakoś głupio. Skąd, więc pomysł żeby trenować palce? Do czego trenować? Doskonale przecież wiem, co myślę o tym i tamtym, o siakim i owakim, więc układać tego w szeregi dla przejrzystości nie muszę. Może jak pojawi się demencja to taka potrzeba powstanie. Ale dziś? Przestrzegać? Nagromadzenie w głowie wielkiej ilości cudzych tekstów pozwala mi sądzić, że na świecie spawy i rzeczy mają się normalnie, czyli jak zwykle. Szczególnym potwierdzeniem tej normalności wdaje się topos apokalipsy. Jego permanentna, trwała jak ondulacja babuni obecność jest dowodem ciągłości i stabilności świata. A to mnie raduję. Komunikować się? Wiele lat żyjąc za granicą niczego nie pisałam za wyjątkiem tego, co trzeba było pisać wykonując czynności zarobkowe. To nawet nie było po Polsku. Obeszło się bez listów były telefony (za czerwonego kulawe). Teraz jakbym był głodny to może by trzeba było pisać listy o wsparcie. Nie jestem jednak głodny. W ogóle to chyba niczego mi nie brakuje, ale do tego lepiej się nie przyznawać ani głośno ani w piśmie, bo nic tak nie wkurwia Innego B jak zadowolenie Innego A. Po co psuć krew bliźniemu? Trochę nawet współczuję tym, którzy na skutek kiedyś dokonanych wyborów parają się pisaniem profesjonalnym. Pisać na zadany temat i w ramach takich czy innych. Ciężki kawałek chleba, prawie koszmar równy zmorze pisania wypracowań dla Pani od Polskiego. Czasem młody i głupi człowiek bluznął w takim wypracowaniu tym, co naprawdę pomyślał i jak policzek za ten swój heroizm dostawał piątkę z plusem za „oryginalne i samodzielne podejście do tematu”. A tfu!!! To dopiero był konformizm. Wszyscy, głupiej czy mądrzej, to samo myśleli. Nawet Pani też tak myślała, bo inaczej trzy z minusem pewne. Potem przyszły czasy Gierka. Pisanie zaocznym, którzy wtedy rozmnożyli się na wszystkich szczeblach drabiny do szarego nieba PRL prac magisterskich i innych. To był Mięsopust. Do dziś czasów gierkowskich nie mogę się nachwalić. Żebym nie wiem jak próbował nigdy dostatecznie ich nie opieję w ubóstwie mej mowy pisanej i mówionej. Choć? Może jednak je opiałem należycie? Dziedziny, w których nowi inteligenci potrzebowali wsparcia były takiej natury, że bez pochwały socjalizmu i demokracji ludowej choćby marginalnej w opłaconych przez nich tekstach się nie obeszło. Ileż ja tych pochwał pod cudzym nazwiskiem napisałem. Jakby tę słodycz, co produkowałem normalny organizm przyjął toby od rzygów zdechł. Nie zdechł jednak szybko ten PRL i dał długo żyć w rozkosznej perwersji, w której trwając mogłem pod cudzym nazwiskiem kadzić a oficjalnie pluć i szkalować. Fajnie z tym pisaniem mi było, ale się zbyło.
sobota, 17 września 2011
Nowy Wujaszek już gotowy - Sabat na Kurpiach http://edwarddana2.blox.pl/html i trochę lata, trochę z Odessy
sobota, 10 września 2011
Jest nowy Wujaszek Wania prosto z Wrocławia:
czwartek, 26 maja 2011
Zawieszam blog (i blogowanie) na dłużej. Trudno mi określić na jak długo. Komentatorom i czytelnikom serdecznie za współudział dziękuję. Kiedyś.
Wujaszek Wania może być od czasu do czasu aktywny.
sobota, 16 kwietnia 2011
http://alfaomega.webnode.com/products/stefan%20bratkowski%3a%20bez%20niedomowie%c5%84/ Jeszcze wrócę do wypowiedzi Stefana Bratkowskiego o którą zawadziłem pod poprzednim wpisem (edwarddana 2011/04/15 19:19:19) Robię to, dlatego że jest on warsztatowo wyjątkowo niezręczny i przez tę niezręczność łatwo na jego przykładzie zademonstrować jak niewiele czasami różni przeciwnika, nawet często panicznego przeciwnika Kaczyńskiego, do jego zwolenników. Wybieram z wystąpienia Bratkowskiego jeden wątek rozważań. "wódz drugiej siły w kraju bez żenady odwołuje się do idei Carla Schmitta" No tak. Carl Schmitt doskonale nadaje się do bicia, jest dla kaczyzmu jak pięta Achillesa. Ale przyjrzyjmy się jego niemiłej biografii intelektualnej. Jego teoria decyzjonizmu w punkcie wyjścia wynikała zarówno z zagrożenia ze strony komunizmu jak i nazizmu. Schmitt po prostu uważał, że parlamentaryzm Republiki Weimarskiej może otworzyć drogę do legalnego objęcia władzy przez jednych albo drugich. Nie wchodzę tu w oceny czy decyzjonizm byłby dobrym lekarstwem na zarazę, ale diagnoza wyjściowa Schmitta okazała się słuszną. Po objęciu władzy przez nazistów Schmitt mógł wybrać emigrację fizyczną lub wewnętrzną. Wybrał aktywność i to w formie radykalnej. Wstąpił do NSDAP, bo państwo uważał za dobro nadrzędne. Ubabrał się przy tym po pachy w antysemityzm, ale…Niedobre były to Niemcy, ale były to Niemcy. Jakiegoś cząstkowego zrozumienia dla naiwności Schmitta można by się spodziewać od Bratkowskiego, od Bratkowskiego człowieka też poszkodowanego przez wiek XX. Schmitt podpadł zresztą łacno jednej z frakcji partyjnych, która wychwyciła jego pozytywistyczny konformizm. Ba, nawet złośliwcy wyśledzili u niego filosemityzm. Zawiłe były ścieżki podejrzeń w XX wieku. Jako tolerowany dysydent Carl Schmitt przetrwał Das Dritte Reich na bocznym torze. Przyjrzyjmy się decyzjonizmowi Schmitta. Idzie w niej o to, że prawo jest niedoskonałe, że istnieją sytuacje, kiedy jednostka sprawująca władzę może, jeśli uzna subiektywnie, że dobro narodu jest zagrożone podjąć decyzje drastyczne np. ogłosić stan wyjątkowy. Mnie do usprawiedliwiania Jaruzelskiego starczy Sofokles, ale to mój subiektywny nieco filologiczny wybór. Ja się dużym podobieństwem tego poglądu do pomysłów Schmitta nie płoszę i nie koniecznie uważam za słuszne oskarżanie zwolenników usprawiedliwienia decyzjonizmu Jaruzelskiego o filiacje z nazizmem. Na koniec niezbędne przypomnienie: Nie wolno Kaczyńskiego dopuścić do władzy ani nawet do współudziału w niej.
poniedziałek, 11 kwietnia 2011
Z braku pomysłu na wpis daję przerywnik ozdobny.
Tak się zwykle sprawy i rzeczy mają
Takimi się sprawy i rzeczy jawią Głupiej Gosi
wtorek, 05 kwietnia 2011
Kukiełkowa historiozofia głosząca, iż ruch dziejów jest wynikiem pociągania przez Kogoś za dyskretnie podczepione od ludzi i ludzkości sznurki jest dość powszechnym zabobonem. Historycznie nie jest to nowy zabobon. Nie jestem też pewien czy dziś jest on bardziej rozpowszechniony niż w przeszłości. Być może różnica pomiędzy dziś a wczoraj polega na tym, iż drzewiej wielu identyfikowało Ktosia pociągającego za sznurki z Bogiem, Losem, Diabłem albo inna Transcendencją. Dziś w czasach bardziej wolnomyślicielskich i świeckich transcendentalnych sterników w większym stopniu zastępują ludzie zorganizowani wokół tajnych imperialnych służb czy w tajemnicze wielkie koncerny. Nie jest to różnica zbyt istotna. Tyle tylko że rodzi chęć ku karaniu winnych. Wyznawca kukiełkowej historiozofii wierzy bowiem ze to żywi ludzie pociągają za linki i ze ci ludzie obdarzeni są złą ale wolną wolą. Wierzący w to, że patrząc na świat patrzą w istocie na teatr kukiełkowy, postrzegają swych bliźnich, jako marionetki tego teatru. Podnosi lalka rękę znaczy, że ktoś pociągnął za linkę. Okazuje lalkowe prącie swą autonomię w ramach lalki? Gówno prawda. To sznurek zadziałał. Nie ma, co się nad tym rozwodzić. Ciekawy jest za to pytanie jak siebie samych widzą wyznawcy kukiełkowej historiozofii. Czy często stawiani są przed lustrem? Czy wykonują przed nim jakieś wymuszone ruchy lub miny? Czy w ich głowy, jak w czajniki woda, wlewane jest rozwiązanie zagadki, jakie to służby, jakie to koncerny mają swe interesy w lustrze, w linkach i w wodzie wypełniającej im czerep - ten czerep widziany w lustrze gałami na sterującej pajęczynie.
|